środa, 19 lipca 2017

wakacyjna praca w Londynie

Czyli krótka historia tego jak znalazłam się w angielskiej stolicy z pustą szafką na jedzenie i ostatnimi pięcioma funtami w ręku.



Jutro mija dokładnie miesiąc od kiedy przyjechałam do Londynu i 3 tygodnie od kiedy zaczęłam tu pracować. Przeleciało jak kilka dni (pewnie przez zmęczenie nocy i dnie zlewają mi się w jedno), ale zdążyłam w tym czasie zrobić kilka ciekawych rzeczy. M.in.:

  • Pracowałam trzy godziny w tureckiej restauracji (zarobiłam za to kebaba),
  • Byłam na rozmowie o pracę w River Island, co było prawdopodobnie jednym z najzabawniejszych doświadczeń w moim życiu (kazano nam odgrywać scenki tematyczne, mój mąż jechał na wakacje i musiałam mu kupić ubranie),
  • Widziałam na żywo Hamleta z Andrew Scottem (z balkonu i musiałam się ostro wychylać, żeby zobaczyć cokolwiek, ale adaptacja dosyć mi się podobała),
  • Byłam na spotkaniu z jedną z moich ulubionych blogerek (Riennaherą),
  • Prawie sprzątałam pokój Colina Farrella (no dobra, to moja koleżanka go sprzątała, a ja go ledwo kojarzę, więc nie mam się czym emocjonować, ale chyba jest mocno sławny więc żal o tym nie wspomnieć),
  • Sprzątałam pokój prawdziwej księżniczki (brudno i umiarkowanie miło),
  • Poszłam na spotkanie modlitewne angielskich katolików,
  • Zmieniłam plany odnośnie mojej przyszłości o 180 stopni. 
Pewnie zapomniałm o czymś niezmiernie ważnym, ale lista wygląda na dostecznie długą - przynajmniej jak na moje standardy zazwyczaj nudnego życia. Także jeśli ktoś się zastanawiał czemu zniknęłam na tak długo, to cóż. Miałam całkiem intensywny czas.

Dobra, dobra, wyrzuciłam z siebie masę niepotrzebnych informacji, wciąż nie odpowiadając na podstawowe pytania. Dlaczego tu jestem? Co tu robię? Skąd jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

No dobra, na dwa ostatnie odpowiedzi nie znam, zdecydowałam pogodzić się ze słodką niewiedzą w tym temacie. Natomiast jeśli chodzi o cel mojego pobytu w Londynie to mogę podać dwa powody, dla których zdecydowałam się by zostawić rodzinny kraj na ponad dwa miesiące i z zerową wiedzą jak się za to zabrać, zacząć szukać pracy w zupełnie obcym mieście. Były to oczywiście potrzeba zdobycia pięniedzy i potrzeba przeżycia wakacji w sposób ciekawszy niż siedzenie w Krakowie i harowanie za najniższą krajową. Gdzieś pomiędzy zaplątała się jeszcze chęć pokazania wszystkim, że nie jestem taką totalną sierotą życiową, ale to nie jest chlubny powód, więc wolę się do niego nie przyznawać. Gdybym jechała drugi raz to zapewne przygotowałabym się lepiej, ale oczywiście ja to ja i przyjechałam tu z zerową wiedzą co i jak. Nie wspominając o moim beznadziejnym CV, którego zapomniałam wydrukować w Polsce i musiałam to zrobić tutaj za duże pieniądze. Ale co się stało, to się nie odstanie i na razie zostałam pokojówką w luksusowych apartamentach, gdzie jedna noc kosztuje tyle co miesięczna pensja mojej mamy.

No cóż, przynajmniej mam niekończącą wię inspirację jwięi chodzi o przyszłe wpisy. To tematy takie jak: Bycie turystą jest lepsze niż bycie imigrantem, 10 powodów, dla których przestałam kochać Londyn, czy Wszystkie irytujące cechy brytyjskiej mentalności.

A tak na serio... Coraz bardziej zaczyna mi się tu podobać. Być może mój związek z Londynem okaże się czymś więcej niż wakacyjnym romansem, chociaż szczerze wątpię, żebym zdecydowała się wziąć z nim ślub na wieki, wieków amen. Jutro obchodzimy swoją miesięcznicę, a potem? Zobaczymy co z tego wyjdzie dalej.

PS: Zdjęcie jest brzydkie, zrobione w czasie mojego poprzedniego pobytu tutaj i nie wiem czy w dobrym formacie, bo posta piszę na telefonie.

PS2: Zachęcam do podzielenia się, jeśli są jakieś rzeczy związane z tematem, o których chcielibyście poczytać. Chociaż do eksperta mj daleko.

PS3: Cyz nowe posty będą pojawiać się regularnie, w związku z tym że przez większość czasu jednak pracuję? Zapewne nie, ale teraz kiedy już wyrzuciłam z siebie to co miałam, będę niezwykle aktywna na facebooku, także zapraszam tam.

13 komentarzy:

  1. O rany, ale super *-*
    Myślałam o zrobieniu tego samego po maturze, tzn. wyjechania do Wielkiej Brytanii za pracą na wakacje. Z tym, że ja chciałabym też w UK studiować, ale to jest odleeeegłe marzenie :D
    Główną moją wątpliwością jest tutaj miejsce zamieszkania .-. Nie mam (i raczej nie dorobię się przez te 2 lata) znajomych na Wyspach, więc musiałabym chyba wynająć mieszkanie/pokój? A to z kolei jest dość drogie i nie wiem, czy przez to wyjazd za pracą nie straciłby sensu (poza, oczywiście, doświadczeniem).
    W każdym razie ucieszyłam się jak jakaś głupia jak zobaczyłam ten post, bo kocham Londyn całym serduszkiem i mogłabym chyba z zainteresowaniem czytać nawet porównanie cen ziemniaków w różnych punktach :P
    Chyba rozpisałam się bez sensu xd
    Także, no, miłego pobytu I guess :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odliczając nawet cene czynszu o travel card i tak mam szansę zarobić więcej niż w Polsce - oczywiście o ile nie wydam wszystkiego na książki w Charity Shopach i ubrania w Primarku ;) Więc no, powodzenia! Podobno nawet da się zarabiać i studiować jednocześnie, ale tego jeszcze nie sprawdziłam na własnej skórze. No i żadnego rozpisywania bez sensu nie widzę, dzięki za komentarz!

      Usuń
    2. Ooo, to mnie uspokoiłaś <3
      Co do zarabiania na studiach - niby tak, ale niektóre uczelnie nakładają na studentów ograniczenia z tym związane :")

      Usuń
    3. Czyżbyś myślała o Oxfordzie tudzież o Cambridge? Tam mają specjalne zniżki na życie dla biedaków, hehs. A przez wakacje da się dużo zarobić, także głowa do góry!

      Usuń
  2. Podziwiam za odwagę i chęć poznania czegoś nowego (wnioskuję, że pojechałaś sama bądź z koleżanką, jak się mylę to popraw :p) Póki co raczej nie widzę siebie samej w obycm mieście, ale mam jeszcze trochę czasu. W Londynie miałam okazję być 2 niecałe dni także z chęcią dowiem się co masz na jego temat do powiedzenia. No i powodzenia w nowym związku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z koleżanką, z prozaicznego powodu, że czynsz byłby niesamowicie wysoki gdybym zdecydowała się jechać sama, a w dwójkę jakoś udaje nam się ciułać jakieś pieniądze. Dziękuję bardzo i powodzenia, jeszcze wiele może się wydarzy' w twoim życiu!

      Usuń
  3. Jesteś niesamowita! Ja bym się w życiu nie odważyła na taki krok, umarłabym ze strachu sama w obcym, dużym mieście :P Podejrzewam, że tym przedsięwzięciem udowodniłaś wszystkim, że nie jesteś tą sierotą życiową, ja natomiast nadal mam to przed sobą i jakoś niezbyt mi to wychodzi. Chyba czas zaakceptować swoje defekty na tle funkcjonowania w społeczeństwie :P
    Z niecierpliwością czekam na dalszą serię postów związaną z Londynem :)
    Pozdrowienia, trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadne defekty, właśnie ta podróż nauczyła mnie, że takie "wielkie kroki" tylko żeby zaimponować komukolwiek naprawdę mają niewielką wartość.
      Dziękuję bardzo, pozdrawiam z Londynu!

      Usuń
  4. Łoooooo, ale kozacko! Boże, ależ Ci zazdroszczę tych wojaży samotnych i dzikich, i że możesz sobie tam szaleć, a jednocześnie musisz się ogarniać (no bo kurczę, to bardzo przydatne i edukujące doświadczenie jest, nawet jeśli to jest przymus ogarniania i konieczność nie do ominięcia ani trochę), a wszystko to jeszcze w otoczeniu najpiękniejszego na świecie londyńskiego akcentu, ach <3 I, kurczę, HAMLET, ach. I jak się Scott sprawdził? Przez tego Moriarty'ego w ogóle go sobie w roli księcia duńskiego nie wyobrażam. :'D
    Ja bardzo chętnie posłucham jak najwięcej o Twych przygodach, bo a) Londyn jest cudowny, b) samotne i szalone podróże są cudowne, c) sprzątanie w luksusowych apartamentach (prawdziwej księżniczki? Łooo) intuicyjnie stanowi źródło interesujących spostrzeżeń, a może nawet historii całych.
    Powodzenia i przyjmij me ukłony głębokie,
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wojaż to nie do końca samotna (z koleżanką z Polski), ani dzika (chociaż czasem to sobie myślę, że tu jak w lesie haha). A co do akcentu... No nie bardzo. W pracy mam chyba trzech Brytyjczyków, reszta to mieszanka ze znaczną przewagą Europy Wschodniej. Zresztą w Londynie generalnie środowisko jest mocno multikulturowe, więc akcentów masa!
      Natomiast nieśmieszne anegdotki ze sprzątania pewnie znajdą się na facebooku, bo nie chcę nimi zasmiecać bloga.
      Dziękuję bardzo! I też przesyłam ukłony!

      Usuń
    2. Zapomniałam o Hamlecie! Andrew - super. Nawet nie wiem czy jego interpretacja nie podobała mi się bardziej niż Benedicta.

      Usuń
    3. Widziałam połowę (chlip) transmisji z Benedictem, więc to brzmi jak spory komplement, bo ziomek, jak wiadomo, dobry jest (chociaż płakać to on nie umie moim zdaniem, ale poza tym radził sobie znakomicie :P).
      B.

      Usuń
    4. Dlaczego tylko połowę? I Benedict to wspaniały aktor, ale w roli Hamleta jakoś bardziej podobał mi się Andrew.

      Usuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!