wtorek, 23 maja 2017

Anne with an E

Cudownie było wrócić do Avonlea jeszcze raz.


Ania z Zielonego Wzgórza to jedna z opowieści, której adaptacje nigdy mnie nie znudzą. Nie pamiętam, kiedy i jak dowiedziałam się o nowym serialu na jej podstawie, natomiast pamiętam jak zobaczyłam trailer, gifset ze sceną, w której Ania rozbija swoją tabliczkę na głowie Gilberta oraz entuzjastyczną reakcję Ryfki na facebooku. Wtedy postanowiłam, że korzystając z tego, że szkoła skończona odpalę Netflixa i zobaczę o co tyle szumu. Nie zniechęciła mnie nawet recenzja Zwierza przeczytana do połowy (bałam się spoilerów, ale już przeczytałam w całości), chociaż także nie potrafię zrozumieć dodawania do wszystkiego na siłę mroku i dramatyzmu. I tak, mam masę zastrzeżeń jeśli chodzi o scenariusz, jednak sam serial wywarł na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie.

Zacznijmy od tego, z czym jeszcze nie widziałam żeby ktoś się nie zgodził. Obsada jest absolutnie perfekcyjna. Zaczynając od Ani, która jest absolutnie czarująca, a jednocześnie nie dziwi nas, że ktoś mógłby ją nazwać brzydką. Nie mam też absolutnie żadnych zastrzeżeń jeśli chodzi o rodzeństwo Cuthbertów, a nawet wręcz przeciwnie, mogę śmiało przyznać, że są dokładnie tacy, jakich wyobrażałam sobie czytając książkę. Co do Diany i Gilberta moja imaginacja zaprezentowała mi w głowie troszeczkę inny obraz niż ten w serialu, ale nie mogę tego uznać za rozczarowanie, bo oboje są absolutnie zachwycający - śmiem nawet twierdzić, że Dianę polubiłam jeszcze bardziej niż w oryginale. I mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo naprawdę jeśli chodzi o obsadę, nie mogę dostrzec żadnej pomyłki.

Zachwyca także sceneria i sposób kręcenia, mimo że moja mama stwierdziła, że wyobrażała sobie Zielone Wzgórze jako bardziej drzewiaste. Mi natomiast ta surowa okolica bardzo się podobała, tak samo zresztą jak wystrój wnętrz, czy kostiumy. Jeśli jesteśmy przy stronie wizualnej nie można nie wspomnieć o czołówce, która wygląda tak jakby sama Ania ją wymyśliła. Przewinęłam ją tylko raz, przed ostatnim odcinkiem, bo było już dosyć późno, a do oglądania dołączyła moja mama, która następnego dnia musiała wyjść do pracy. 

Jak widzicie, seria wzbudziła we mnie bardzo wiele zachwytów. Niestety, było kilka rzeczy które mi się także nie podobały. I od razu chciałam zaznaczyć - nie mam nic przeciwko zmianom jako takim. ALE jak nie przeszkadzają mi zazwyczaj wątki dodane, czy usunięte, tak w przypadku takich klasyków nie widzę po co niektóre rzeczy zmieniać. Ciężko mi to opisać bez poparcia przykładami, dlatego następne kilka akapitów (między następnymi dwoma zdjęciami, do samego zakończenia możecie przejść bez strachu) będzie pełne spoilerów. Zaznaczam: znajomość książki nie ochrania przed spoilerami do serialu, bo to właśnie zmiany i odstępstwa chciałabym omówić.


Pierwszy odcinek zaskoczył mnie pod tym względem bardzo pozytywnie. Zmianą było dodanie flashbacków z przeszłości Ani, które spełniały swoją rolę i nie tak na prawdę nie były ingerencją w fabułę tylko pogłębieniem wątków przeszłości sieroty, co jest świetne, bo wielu ludzi zdaje się zapominać jak wiele przeszła nasza ulubiona ruda bohaterka. Wprowadzona postać Jerry'ego także jest ciekawa i nie mam do niej absolutnie żadnych zastrzeżeń. Zawiodło mnie natomiast samo zakończenie i odcinek drugi, który na równi z ostatnim uważam za najsłabszy w całym serialu. 

Historia z broszką (Maryla niesłusznie oskarżyła Anię o jej kradzież, a ta, żeby móc iść na piknik wymyśliła opowieść o tym, że ją zgubiła) była zdecydowanie niepotrzebnie udramatyzowana. Przede wszystkim nie wyobrażam sobie tego, jak Maryla bez zastanowienia odsyła Anię do sierocińca po czymś takim. Ale nawet jeśli, to rozciągnięcie tego na ponad połowę odcinka było zupełnie niepotrzebnie i przyznam, że nawet zastawiałam się czy nie przewinąć tych scen. Podobało mi się zakończenie wątku, to jak zamartwiała się Maryla, a później nie potrafiła Ani przeprosić, ani okazać jej uczucia w taki sposób jaku tamta tego potrzebowała. Zresztą zgadzam się ze Zwierzem - postać podstarzałej panny Cutbert jest świetnie rozwinięta. Niemniej tego jednego wątku twórcy zdecydowanie mogli nam oszczędzić.

Kolejne zmiany, które nie do końca mi się podobały wydarzyły się pod koniec sezonu. Historia Gilberta jest udramatyzowana do granic i nie jestem do końca pewna czy to było potrzebne. Do pewnego stopnia - owszem nie mam nic przeciwko. Tylko jak dla mnie twórcy ten stopień przekroczyli i poszli o krok za daleko. Poza tym zupełnie mi się nie podobało było myślenie Mateusza o samobójstwie. Znowu odeślę was tu do recenzji Zwierza, bo opisała dokładnie to co w tym momencie myślałam (jednocześnie z mamą zaczęłyśmy narzekać, zupełnie nie przejmując się tym, że jest po 1.00 w nocy). Muszę też przyznać, że nie jestem fanką zakończenia. Tutaj znowu wspomnę o mojej rodzicielce, która wypomniała mi z pretensją, że namówiłam ją na wieczorne oglądanie a tu źli ludzie weszli na Zielone Wzgórze. Zupełnie nie rozumiem sensu tego cliffhangeru, bo i tak miałabym ochotę obejrzeć drugi sezon nie wiem nawet czy nie większą niż teraz, kiedy wiem że powinnam spodziewać się czegoś dramatycznego już od pierwszego odcinka (nawiasem mówiąc bardzo mam nadzieję, że drugi sezon w ogóle powstanie).

Były jednak także dodane wątki, czy sceny, które bardzo mi się podobały. Były to chociażby pożar i to jak Ania wykazała się na nim odwagą i szybkim myśleniem, a jednocześnie nie była jednym bohaterem tamtej nocy (chociaż zdecydowanie największym). Podobał mi się też wątek miesiączki Ani, bo jest to rzecz mało w takich produkcjach poruszana. A jednocześnie nie stał on w sprzeczności z oryginałem, a ja wyobrażam sobie, jak taka historia mogłaby się przydarzyć książkowej Ani. I tutaj może od razu poruszę wątek feminizmu w serialu. Jak zapewne wiecie lub co najmniej możecie się domyślać, sama feministką jestem, a co więcej nie wyobrażam sobie, że ktoś zdrowo myślący mógłby mieć coś przeciwko równouprawnieniu. Niemniej ten aspekt jest według mnie niepotrzebnie przesadzony w tej adaptacji. Ania była feministką i bez mówienia tego na głos. A jednak nie była to rzecz, która jakoś szczególnie mi przeszkadzała - była po prostu niepotrzebna i tyle.



Jeśli jednak chodzi o ogólne wrażenie, to Anne with an E wypadło jako adaptacja świetnie. Wiem, że ze względu na zmiany, o których napisałam powyżej nie każdy się pewnie ze mną zgodzi, ale uważam, że serial mimo wszystko świetnie oddał ducha książki. Rzeczywiście, miejscami było trochę zbyt dramatycznie, ale oglądając czułam jakbym znalazła się na Wyspie Księcia Edwarda i bardzo mi się to uczucie podobało. 

No i oczywiście z niecierpliwością wyczekuję drugiego sezonu.

PS: Zwierz w swoim poście porusza dużo ważniejsze kwestie niż ja, bo wie o popkulturze znacznie więcej, moja recenzja to bardziej moje subiektywne odczucia. Więc jeśli chcecie opinie kogoś bardziej obytego, to wiecie gdzie iść, mimo że nie z wszystkim się w niej zgadzam.

PS2: Nie używam polskiego tytułu nie dlatego, że jestem bucowata i myślę, że jestem taka fajna bo oglądałam w oryginale (nawiasem mówiąc powinnam to zrobić przed maturami z angielskiego, bo Ania używa dużo wielkich słów, które na pewno zachwyciłyby egzaminatorów). Po prostu uważam, że Ania Nie Anna, to głupia wersja, bo oryginalnie odnosi się to do tego, że Ania chciałaby, żeby jej imię było bardziej dostojne, a mniej pospolite. Nie wiem w jakim świecie Ania jest bardziej dostojne niż Anna, ale ja nie bez powodu w nicku mam to drugie.

2 komentarze:

  1. Nie jestem pewna, czy lubiłam tę książkę.
    Świta mi w głowie, że na pewno ją czytałam, z resztą, chyba wszyscy wiedzą co to za książka. Ale raczej nie byłam jej fanką, więc z Netflixa obejrzę raczej nowy sezon House of Cards ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochałam całą serie Ani z Zielonego Wzgórza! Przeczytałam osiem tomów, które nadal stoi na półce u mnie w pokoju. Muszę go spróbować zacząć, szczególnie po dobrych opiniach, takich jak twoja. Pierwszy raz, jak o tym usłyszałam, byłam zdziwiona, że Netflix wybrał akurat tą serię na adaptację. Ciekawe co nimi kierowało.
    :::)))

    OdpowiedzUsuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!