sobota, 8 października 2016

Misselthwaite archives

Bo w głębi serca każdy z nas jest trochę jak Mary Lennox.


Czasem kiedy za oknem jest ciemno i zimno, a w życiu nie układa się tak jak powinno, to kolejna komedia romantyczna/kabaret/serial komediowy/couch z masą świetnych pomysłów jak naprawić twoje życie, czy inna w założeniu nastrajająca pozytywnie rzecz może doprowadzić do szału. Lepiej wtedy zrobić z siebie kocowe burrito, zaparzyć herbatę i obejrzeć coś, gdzie główna bohaterka żyje w jeszcze bardziej dobijającej rzeczywistości. Ale w sumie jeśli na końcu wychodzi na prostą (czy coś w tym rodzaju), to i tak możemy powiedzieć, że przesłanie jest pozytywna. Po prostu rzekoma bohaterka jakaś taka mniej oczywista, a scenariusz bliższy życiu.

Jeśli czytając pierwszy akapit smutno kiwaliście głową, gdyż zgadzacie się ze wszystkim co napisałam, wasza herbata już niemalże wystygła, a wasze kocowe burrito mogłoby wziąć udział w konkursie na najbardziej skomplikowaną instalację artystyczną i jedyne czego obecnie brakuje wam do szczęścia, to wspomniana przeze mnie warta obejrzenia rzecz, to dobrze trafiliście. Dzisiaj chciałabym przedstawić wam Misslethwaite Archives, współczesną adaptację Tajemniczego Ogrodu Frances Hodgson Burnett w mojej ukochanej formie internetowego serialu.

Tym razem w przeciwieństwie do wcześniej polecanych przeze mnie adaptacji tego typu, forma serialu jest nieco inna. Znowu mamy do czynienia z youtubem, ale tym razem główna bohaterka nie kręci vlogów, tylko od czasu do czasu nagrywa krótkie filmiki dla swojej (byłej) psychoterapeutki. Oprócz tego wśród odcinków znajdziemy takie kręcone z perspektywy kota, a także "normalne" serialowe, co daje dużo twórcom większe możliwości.

Nie wiem, czy to moja ulubiona seria, ale pewne jest to, że mogę oglądać ją na okrągło. Nigdy jeszcze nie utożsamiałam się z główną bohaterką tak bardzo (sorry, Beatrice) nawet jeśli nie jestem w stanie wyobrazić sobie problemów z jakimi musi się zmagać. Szczerze? Jestem pewna, że każdy z nas ma w sobie coś z czasem samolubnej, aroganckiej, ale inteligentnej Mary Lennox. 

Na koniec dodam tylko, że obok perfekcyjnego aktorstwa i błyskotliwego scenariusza, dużą zaletą serii jest strona wizualna. W sensie, serio. Misselthwaite Archives to spełnienie moich personal aestethic w każdym calu. W każdym.


To co, jaką herbatę zaparzyliście do oglądania?

4 komentarze:

  1. Za każdym razem kiedy piszesz o jakimś internetowym serialu, który w dodatku jest adaptacją świetnej powieści, mam ochotę robić wielogodzinne maratony. Jakim cudem ja jeszcze nie skończyłam żadnego? Trzeba wreszcie się za to zabrać, bo potrafisz naprawdę zachęcić :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maraton tego serialu na pewno nie trwałby bardzo długo, bo ma bodajże 40 odcinków po 2 do 5 minut ;)
      Dziękuję bardzo! <3

      Usuń
  2. Nie znam, nie kojarzę, ale brzmi bardzo fajnie! Chętnie zerknę w wolnej chwili (chociaż tych ostatnio jak na lekarstwo...). Przyznaję, że nigdy nie byłam fanką ,,Tajemniczego ogrodu", ale skoro tak zachwalasz... zapisuję sobie :)
    Ach, ta nieszczęsna nazwa posiadłości. Misslethwaite. Nigdy nie wiedziałam, jak to zapisać, ani wymówić, jeszcze jak omawialiśmy to w podstawówce... koszmar!:D Teraz chociaż mniej więcej wiem, jak to się wymawia, ale bez ściągi w życiu tego nie napiszę z pamięci;)
    A ja ostatnio odkryłam internetowy serial ,,Ren. The girl with the mark". Klasyczne fantasy, jak dla mnie niezłe. Nie wiem, co w nim jest, nie powaliło mnie, nie zachwyciło, ale miało coś w sobie, no i bardzo podobały mi się kostiumy oraz realizacja. No i aktorzy mówili z brytyjskim akcentem, więc ten:D A jedna z pierwszych scen w lesie - przepiękna. Czysta perfekcja. Potem jakoś gorzej, ale pomysł zacny, zdjęcia zacne, dobra rzecz całkiem. Więc chyba mogę polecić:D
    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie szczerze mówiąc nie pamiętam, czy lubiłam książkę, czy nie. Na pewno uwielbiałam Dicka i nie przepadałam za Mary ;) No i zawsze uważałam wrzosowiska za romantyczne, a jak byłam mała to byłam straaaaszną romantyczką :D
      Ja właśnie dzięki tej serii w końcu się nauczyłam :D
      O, sprawdziłam pół pierwszego odcinka, ale moje myśli na razie poświęcone są innej web series ("In Earnest", na pewno kiedyś więcej o niej wspomnę na blogu, bo na razie ją uwielbiam) ;) Nie mniej jak już skończę, to tę fantasy na pewno też zobaczę :D

      Usuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!