niedziela, 13 marca 2016

Pollyanna vs Ania z Zielonego Wzgórza

Pollyannę Eleanor H. Porter i Anię z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery łączy bardzo wiele. Nie tylko historia momentami wydaje się niemal identyczna, ale przede wszystkim w oczy rzuca się podobieństwo głównych bohaterek. Kiedy byłam małą dziewczynką i czytałam te powieści po raz pierwszy, jeśli nawet to zauważyłam, to przeszłam obok tego zupełnie obojętnie (pozostając przy tym fanką ich obu). Po pewnym czasie zaczęłam jednak zauważać, że obie historie zlewają mi się ze sobą i byłam pewna, że w którejś z kolejnych części Ani nareszcie natrafię na Jamiego (spoiler, to bohater Pollyanny). 

Ostatnio (czyli ponad pół roku temu, czas szybko płynie gdy jest się w liceum ;) po zobaczeniu spektaklu Ani z Zielonego Wzgórza postanowiłam odświeżyć sobie oryginał. Jednak ponieważ Jamiego było brak, tydzień temu sięgnęłam też po Pollyannę. I naszło mnie parę przemyśleń być może na końcu wyniknie jakaś zmyślna refleksja.



Szczerze mówiąc, teraz gdy czytałam Pollyannę jako młoda dziewczyna, a nie jako mała dziewczynka, na początku strasznie przeszkadzały mi podobieństwa między nią, a Anią z Zielonego Wzgórza. Zwłaszcza, ze ostatnio stałam się jeszcze większą fanką tej drugiej (niemała w tym zasługa tej wyjątkowej adaptacji), a że powieść E. H. Porter powstała później, to oczywiście wydawała mi się okropną zżynką. Po głębszym zastanowieniu dochodzę jednak do wniosków, że różnią się tutaj nie tylko realia, ale także bohaterki dzieli więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. 

Na pozór większość różnic jest na korzyść amerykańskiej dziewczynki. Pollyanna dzieli zachwyt nad światem Ani, jednak obca jest jej otchłań rozpaczy, w którą często wpada jej czerwonowłosa rówieśnica, która nie zna gry (w której to grze chodzi o to, żeby we wszystkim znajdywać pozytywy - po dokładniejszy opis odsyłam do książki). Ruda mieszkanka Avonlea jest też znacznie bardziej próżna. Jasnowłosa amerykanka wie o tym, że jest brzydka (w każdym razie tak się jej wydaje), ale nie myśli o tym tyle co Ania. Ponadto nie była nigdy uprzedzona do żadnego człowieka, czego przecież nie można powiedzieć o czerwonowłosej Kanadyjce, która była obrażona na Gilberta znacznie dłużej niż być powinna. Oprócz tego Ania jest mniej sumienna, często wpada zadumę i na pewno częściej przypala ciasto niż Pollyanna. 

Podsumowując to ta druga była wiecznie roześmianą dziewczynką gotową uszczęśliwiać też innych. Ania przejawiała oznaki samolubności, których brak u Pollyanny. A do tego wszystkiego młoda Amerykanka wcale nie jest postacią papierową. Jest spójnie napisana, a w jej charakterze nie widać wyraźnie schematów wykorzystywanych zazwyczaj w powieściach dla młodych dziewczyn (poza pozornym podobieństwem do Ani). Jednak mimo to, nie wszystkie cechy przemawiają na korzyść Pollyanny.

Nie tylko wady Ani determinują to, że jest ona bardziej bardziej wyrazistą postacią. Rzeczą charakterystyczną, którą zawsze będziemy z nią kojarzyć jest jej wyobraźnia. Jest też obdarzona zmysłem estetycznym, czego nie wiemy o Pollyannie, a także talentem pisarskim, czego jak wiemy Pollyannie brak. Nie ma w sobie też tyle naiwności, co jej jasnowłosa rówieśnica.


Czy w takim razie, któraś z tych postaci jest lepsza? Nie sądzę. W naszym, współczesnym świecie zapewne lepiej odnalazłaby się Ania, jeśli w ogóle udałoby się to którejś z nich. Mimo, że każdemu z nas przydałoby się granie w Grę, to być może wiele osób grać by w nią nie chciało. 

Mnie uderzyła w tym wszystkim mało uniwersalna sprawa. Jak byłam mała bardziej lubiłam Pollyannę jako powieść i bardziej utożsamiałam się z jej główną bohaterką. Anię wolałam za to jako postać. Teraz to książka Lucy Maud Montgomery zajmuje więcej miejsca w moim sercu, utożsamiam się też z mieszkanką Avonlea. Ale mimo, że widzę między mną, a nią podobieństwa, czuje do niej niewiele sympatii. Z Pollyanną łączy mnie znacznie mniej, ale jako osobę lubię ją znacznie bardziej.

Na koniec dodam tylko, że obie powieści bardzo polecam. To literatura młodzieżowa, ale za to taka najwyższego sortu! Zarówno przygody Ani jak i Pollyanny wywołują uśmiech na twarzy i pozwalają oderwać się od rzeczywistości.

Czytaliście którąś z nich? A jeśli znacie obie, którą lubicie bardziej?

PS: Nie będzie wpisu o Whomanikonie, bo byłam łącznie na jednym panelu, jednej prelekcji i kalamburach (za rok będą lepiej zorganizowane!). Nie zdążyłam też zagłosować na cosplay, ale Ann, na karteczce mam napisane 13 ;)

PS2: Możecie pisać, o czym chcielibyście przeczytać w Norze, bo na razie w głowie mi tylko Szekspir i web series! 

4 komentarze:

  1. Z Anią mam trudną relację. W pierwszych częściach wypadła intrygująco, przesympatycznie i sprawiedliwie (w aspekcie równoważenia wad i zalet), jednak sprawiedliwość ta nie przetrzymała próby czasu, ponieważ dorosła Ania wyzbyła się, jak wiadomo, wszelkich przywar (nawet włosy jej pociemniały! Ja nie mogę! Jakiż to był tani chwyt), przez co stała się w mej opinii dosyć nieznośna. Jak już jednak wspomniałam, jako młode dziewczę z wybujałą wyobraźnią i skłonnościami do dramatyzowania miała naprawdę dużo uroku (choć też ciężko mi było pogodzić się z gloryfikacją tej wyobraźni i równoznacznym z nią hejtem na trochę bardziej... praktyczną Dianę).
    Z kolei Pollyannę czytałam już dawno, Jamiego nie pamiętam (upsi!), pamiętam za to grę - gra była fajnym motywem. To mi się podobało. Tyle że, rzeczywiście, no... Nie wiem, czy sama postać przekonałaby mnie do końca. Zbyt idealna.
    (Czy jestem zbyt wbredna? Trochę mnie to martwi).
    Zatem w moim przekonaniu tę bitwę wygrywa Ania.
    Ojej!
    Łooo!
    To by była taka idealna rapbitwa! EPIC RAP BATTLES OF LITERATURE! ANNE SHIRLEY vs POLLYANNA! No po prostu już to słyszę :D Idę szukać szczęścia na jutubie, może znajdę jakieś prawilne rapsy :P
    Szekspir i web series to zawsze dobre tematy, ot co!
    B.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając "Anię z Zielonego Wzgórza", byłam jeszcze gówniarzem... Strasznie nie podobała mi się ta książka, była czytana z przymusu, przez co od samego początku byłam na nią źle nastawiona. Tej drugiej nie czytałam, ale ostatnio błądzi mi po głowie myśl, aby powrócić do lektur z podstawówki. To może być ciekawe spotkanie po latach :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Obydwie książki czytałam w dzieciństwie. I faktycznie muszę przyznać, że obydwie mi się podobały, ale większą sympatię odczuwam wobec "Ani". To była dla mnie niesamowita seria.

    OdpowiedzUsuń
  4. Twój wpis jest niesamowity. Czytałam obie książki (i ich kontynuacje) po kilka razy, choć ostatni raz dość dawno temu i nigdy nie myślałam w kategoriach porównania bohaterek czy samych powieści. BArdzo odświeżające spojrzenie.
    Aż mam ochotę biec do półki i sięgnąć po książki po kolei, albo czytać po kilka stron na zmianę...

    OdpowiedzUsuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!