niedziela, 27 grudnia 2015

Jak zakochałam się w internetowych serialach?*

Kilka miesiąca temu obejrzałam zmodernizowaną adaptację** Ani z Zielonego Wzgórza w formie internetowego serialu (Green Gables Fables, pisałam o niej tutaj) i to był początek mojej przygody z oglądaniem ulubionych opowieści w takiej formie. Napiszę szczerze: przepadłam zupełnie. Ale zanim egocentrycznie skupię się na sobie może pokrótce wyjaśnię tym co jeszcze nie wiedzą, co to w ogóle są web series i dlaczego ktoś w ogóle miałby oglądać 27-letnią Wendy Darling opowiadającą o swoim życiu do kamery.

Wciąż moja ulubiona z adaptacji.

Zacznę od tego, że oczywiście web series, to tak jak przetłumaczyłam w tytule po prostu internetowy serial, czyli taki, którego miejscem emisji nie jest telewizja, ale serwis w sieci (np. YouTube). W 2012 roku Hank Green i Bernie Su wykorzystali tę formę i stworzyli Lizzie Bennet Diaries - pierwszą tego typu "unowocześnioną" adaptację, Dumy i Uprzedzenia Jane Austen, w formie vlogów prowadzonych przez główną bohaterkę. Chociaż w wywiadach z twórcami i aktorami wszyscy twierdzą, że kiedy robili ten projekt nikt nie był jeszcze pewny czy tego typu serial przyjmie się wśród odbiorców, to po takim upływie czasu spokojnie można przyznać, że adaptacja nie tylko spodobała się widzom, ale też przetarła szlak wielu podobnym produkcjom. 
Nie jestem w stanie wymienić wam tu wszystkich, ponieważ nawet jakbym znała każdą z nich, to napisanie ich tutaj w sposób nie zanudzający was na śmierć nie udałoby się nawet mnie (a raczej zwłaszcza mnie). Powstało ich jednak na tyle dużo, że każdy może znaleźć coś dla siebie (tak przynajmniej sądzę). Ja jak na razie obejrzałam adaptacje moich ulubionych klasycznych opowieści i w każdej jestem absolutnie zakochana. Dlaczego?

Od tego wszystko się zaczęło.

1. Powrót do ulubionych bohaterów w zupełnie nowej, odpicowanej wersji!
Szczerze powiedziawszy, trochę mi zajęło zanim doszłam do tej niezwykle ważnej prawdy, że ci bohaterowie, których wyobrażamy sobie podczas czytania to nie są te same postaci, które wyobrażają sobie inni czytelnicy/pisarze/reżyserowie przeróżnych adaptacji. Jeszcze dłużej zajęło mi uświadomienie sobie, że to jest całkiem fajne!
Uwielbiam Jo i Lauriego z March Family Letters, ale dla mnie to nie są Jo i Laurie, których wyobrażałam sobie czytając Małe Kobietki. I dobrze. Dzięki różnorodności świat jest fajny! No proszę, gdybyśmy podczas czytania mieli przesyłane do głowy wizerunki bohaterów tak jak ich widzi autor, to pewnie w ogóle nie byłoby fanowskiej twórczości (i nie powstałoby 50 twarzy Greya co byłoby jedynym plusem takiej sytuacji).

Bardzo długo nie mogłam się przekonać do Benedicka tak znacznie mniej przystojnego od tego w wydaniu Kennetha B. Dopiero po obejrzeniu jakichś 50-ciu odcinków zaakceptowałam inną wizję twórczyń i teraz jestem wstanie zaakceptować nawet te jego okropne krótkie spodnie.

2. Współczesny świat - współczesne problemy
Przede wszystkim to świetna zabawa zastanawiać się jak twórcy poradzą sobie z niektórymi wątkami, które fajnie sprawdziły się w oryginalne, ale kiepsko pasują do współczesnego świata. Chociażby kwestia oświadczyn pana Collinsa w Dumie i Uprzedzeniu - na szczęście dzisiaj o wartości kobiety nie decyduje jej mąż. Zresztą akurat z tym wątkiem twórcy Lizzie Bennet Diaries świetnie sobie poradzili!
Ale współczesne tło to nie tylko wspaniałe osiągnięcia cywilizacyjne, ale też współczesne problemy. Są te poważniejsze, jak poruszona w March Family Letters kwestia aseksualizmu i te bardzo często spotykane wśród młodych ludzi jak problem z komunikacją międzyludzką (w Nothing Much To Do).

Moje kochane kwiatki z March Family Letters

3. Ciągłe nawiązania do popkultury
Przynajmniej w 60% oglądanych przeze mnie adaptacjach wspomniany został Doctor Who (w pozostałych dwóch nie jestem pewna). Beatrice z adaptacji Wiele hałasu o nic uwielbia Benedicta Cumberbatcha, a Ruby Gillis ma poduszkę z Tomem Hidlestonem. I może nie ma to wielkiego znaczenia dla fabuły, ale mnie sprawia ogromną frajdę odkrywanie, że moi ulubieni fikcyjni bohaterowie lubią to samo co ja.

W tej serii wszyscy są geekami (a najbardziej Michael i Peter).

5. Tajniackie odniesienia do oryginałów i wcześniejszych adaptacji
Są takie oczywiste jak uwielbienie Jamesa Hooka do J.M.Barriego (autora Piotrusia Pana) i takie mniej jak to, że Wendy Darling często nosi kołnierzyki nazywane po angielsku Peter Pan collar. Są takie, które wyłapie większość fanów jak miłość Lizzie Bennet do pana Darcy'ego z Pamiętników Briget Jones (postaci inspirowanej rolą Colina Firtha w Dumie i Uprzedzeniu z 1995) i takie które rozpoznają tylko ci naprawdę zakręceni jak to, że ulubionym Doctorem i Towarzyszem Benedicka są Dziesiąty i Donna Noble (grający ich David Tennant i Katherine Tate, grali także w inscenizacji Wiele hałasu o nic).
Oprócz tego w Nothing Much To Do Balthazar śpiewa skomponowaną piosenkę Sigh not so, której tekstem jest utwór śpiewany prze pierwowzór Balthazara w Wiele Hałasu o Nic (nawiasem mówiąc ang. Much Ado About Nothing). Jeszcze wcześniej śpiewa cover Mumford an Sons (których jest fanem) Sign No More, który inspirowany jest właśnie tą sztuką (no wiem, normalnie nie do uwierzenia!)

W oryginalnej sztuce Szekspira Bathazar pojawił się w zaledwie jednej scenie, we współczesnej adaptacji jest ulubieńcem wszystkich (no prawie) widzów.

6. Kobiety nareszcie mają coś do powiedzenia!
Generalnie już to powiedziałam, ale cieszmy się, że świat nie wygląda tak jak za czasów Jane Austen i celem życiowym kobiety nie musi być zdobycie bogatego męża. Znaczy się pani Bennet zawsze będzie myślała inaczej, ale cieszmy się że przynajmniej Lizzie i Jane są świadome tego, że zanim na zawsze zwiążą się z obrzydliwie bogatymi przystojniakami mogą stać się niezależne i same zdobyć satysfakcjonującą pracę. 
W ogóle w Lizzie Bennet Diaries najlepsze jest to, że zamiast skupiać się na wątku romantycznym jak to robiły poprzednie adaptacje ta skupia się na całym życiu głównym bohaterki. Lizzie ma problemy z rodziną, przyjaciółką, studiami i znalezieniem odpowiedniej pracy, a pan Darcy pojawia się dopiero w bodajże 60. odcinku. Co prawda 98. epizod jest już słodki, do... no wiecie co, ale i tak.

Lydia w tej wersji jest znośniejsza niż kiedykolwiek!

7. Transmedialność (jest w ogóle takie słowo?)
W żadnym przypadku, który oglądałam do tej pory nie skończyło się na jednym kanale na YouTubie. Historie możemy śledzić także poprzez inne współczesne media! Pod tym względem zdecydowanie wygrywa Green Gables Fables, gdzie każda postać ma swojego Twittera, a połowa bohaterów drugoplanowych ma też kanały na YouTubie.
Nawiązując do tego punktu dodam jeszcze, że mega super sprawą w takich adaptacjach jest to, że postaci w oryginałach mocno drugoplanowe tutaj zyskują na znaczeniu i dostają własne historie. No i Balthazar <3

Tylko Ania z Gilbertem się nawzajem rozumieją!

8. Wszystko jest po angielsku! 
Prawdą powszechnie znaną jest, że większość polskich publicznych szkół nie uczy dobrze, czyli płynnie, mówić po angielsku. Moja znajomość tego języka jeszcze niedawno była na NAPRAWDĘ NISKIM poziomie. Nie przesadzę jeśli napiszę, że oglądanie tych web series naprawdę mi pomogło. W sumie to ciągle nie wszystko rozumiem, ale to, że bohaterzy mówią prostym użytkowym językiem, wiele odcinków ma angielskie napisy, a historia jest mi znana sprawia, że łatwo mi się we wszystkim połapać.
I nawet nie przeszkadza mi teraz, że mój akcent zapewne jest jakimś pomieszaniem tym wszystkich akcentów (polsko-brytyjsko-amerykańsko-kanadyjsko-nowozelandzki?), a moje zdania są totalnie niepoprawnymi gramatycznie zlepkami slangowych przekleństw ;)

Pijany John Darling <3

Wiem, że pewnie wydaje wam się, że ten post jest dłuższy niż wszystkie orędzia brytyjskiej królowej (obecnej Elżbiety II) razem wzięte, ale ja mam wrażenie, że nie poruszyłam nawet połowy tematów, które bym chciała. W ogóle to, żebym przelała wszystkie swoje emocje w sensowny tekst jest niemożliwe - wtedy byłby dłuższy niż wszystkie orędzie WSZYSTKICH brytyjskich władców w całej historii. Czuję, że chociaż obejrzałam już praktycznie adaptacje każdej z moich ulubionych klasycznych pozycji, to to dopiero początek mojej przygody z web series. Na razie bardzo czekam, aż otworzą mi bibliotekę, żebym mogła przeczytać Stracone Zachody Miłości Szekspira i obejrzeć sequel Nothing Much To Do, na podstawie tego dramatu.

Teraz kiedy przebrnęliście przez mój bezładny, pełen zachwytu nad tymi produkcjami bełkot, zachęcam żebyście podzielili się swoją opinią. Widzieliście? Obejrzycie? Myślicie, że to głupie? Też wam zawsze żal don Pedra i nie lubicie Claudia? Nie przepadacie za Szekspirem? Komentarze są wasze ;*

*pełny tytuł to "Jak zakochałam się w adaptacjach klasyki literackiej w formie web series?"***, ale uznałam, że taki jaki jest będzie bardziej chwytliwy

**cała sprawa ma (jeszcze!) niewielu fanów i to w tej anglojęzycznej części internetów, więc sama nieudolnie staram się tłumaczyć niektóre pojęcia. Jest w ogóle coś takiego jak zmodernizowana adaptacja?

***na Serialkonie byłam na fajnej prelekcji (Anny Wróblewskiej) o tej tematyce i stamtąd wzięłam tę nazwę, a także... no jakieś przemyślenia na pewno stamtąd wzięłam. Nie zapamiętałam natomiast wszystkich uczonych terminów, których używała prowadząca, więc jak zwykle jest mało profesjonalnie.

6 komentarzy:

  1. O! To ciekawe! Dobrze wiedzieć, że coś takiego istnieje. Będę musiała się z tym zapoznać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomysł niewątpliwie ciekawy, ale ja póki co nie jestem zainteresowana ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brzmi zaiste intrygująco! Coś czuję, że moja nieograniczona miłość do wszelakich motywów związanych z Piotrusiem Panem oraz mieszane uczucia co do Ani (ale mam teorię, że unowocześnienie historii ustosunkuje mnie bardziej pozytywnie do Montgomery) poskutkują prędkim zaznajomieniem się z web series ;) Niestety (hańba!) nie czytałam "Dumy i uprzedzenia" - nad czym niepomiernie ubolewam - ani "Wiele hałasu o nic" (podwójna hańba - Szekspir, do diaska!). Muszę to nadrobić!
    Chwała Twemu postowi, mi tam się podoba. O.
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3
      Bardzo polecam Wiele hałasu o nic, to moja ulubiona komedia EVER! Serio,, oprócz Claudia to tam wszystko jest cudowne <3
      Adaptacja Piotrusia jest BARDZO luźna, ale ja się uśmiałam ;)

      Usuń
  4. Już wcześniej zainteresowałaś mnie tym "Green Gables Fables", a teraz okazuje się, że jest tego dużo więcej, więc aż wstyd czegoś nie obejrzeć! Już niedługo będę miała ferie, i chyba wiem, czym się przez te 2 tygodnie wolnego zajmę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko, odcinki są dużo krótsze niż w normalnych serialach, więc przez jeden dzień możesz obejrzeć tak jedną serię ;) Wiem co mówię, mi każda z nich zajęła mniej-więcej dwa dni (oprócz Ani, którą teraz oglądam na bieżąco i niecierpliwie wyczekuję każdej środy).

      Usuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!