czwartek, 19 listopada 2015

"Szlachetność nie znosi kompromisów", czyli o "Koriolanie" Donmar Warehouse

Być może ta recenzja jest spóźniona, ponieważ "Koriolan" nie jest już grany i na razie nic nie wskazuje na to, żeby kolejny raz retransmitowało go Multikino. Jednak post o "Hamlecie" spotkał się z ciepłym przyjęciem także osób, które nie zamierzały sztuki obejrzeć. Dlatego, licząc na to, że o Szekspirze zawsze przyjemnie jest poczytać (i na to, że może ktoś z was sztukę widział) przychodzę dzisiaj z recenzją "Koriolana" w Donmar Warehouse (ja byłam na retransmisji).


"Koriolan" to jedna z ostatnich i, niestety, jedna z najmniej znanych sztuk Szekspira. Mimo to, spektakl z Tomem Hiddlestonem w roli tytułowej cieszył się sporą popularnością. Zapewne to właśnie aktor odgrywający główną rolę miał duży wpływ na zainteresowanie tą sztuką i to on miał także duży wpływ na zachwyt po wyjściu z teatru (lub jak w moim przypadku - z kina). Co tu dużo mówić: jego Kajusz Marcjusz jest dokładnie taki jaki być powinien: jednocześnie jego poglądy są wyjątkowo irytujące i, dla nas wychowanych w duchu demokracji, błędne i jednocześnie wypowiada je w tak szczery sposób, że nie możemy go nie podziwiać. Zresztą także podczas bitwy budzi w nas szacunek swoją siłą woli, a później nieugiętym przekonaniem w słuszność swojego zdania. Ale "Koriolan" to zdecydowanie nie jest przedstawienie jednego aktora.


Myślę, że na oklaski zasługuje każdy z aktorów, jednak żeby wymienić choć kilku, krótko napiszę moich ulubionych. Przede wszystkim zachwycił mnie Mark Gatiss w roli przyjaciela Koriolana, Meneniusza. Jeśli już mówimy o przyjaciołach głównego bohatera, to nie możemy nie wspomnieć o jego Kominiuszu (Peter De Jersey) i Tytusie (Alfred Enoch, którego możecie kojarzyć z "Harry'ego Pottera"). Oboje w cieniu naszej głównej postaci: a jednak wyraziści. Warto też wspomnieć o kobietach w tym przedstawieniu. O Wolumnii (Deborah Findlay), niemalże psychopatycznej matki Koriolana, która jednocześnie budzi w nas odrazę i współczucie i o Wirgilii (Birgitte Hjort Sørensen, którą z kolei mogliście widzieć w "Pitch Perfect 2"), jego żonie, której co prawda Szekspir nie dał zbyt wile do grania, a ona mimo to świetnie pokazała swoje uczucia do męża. Był też pewien przystojny aktor (Dwane Walcott), który gra te wszystkie małe role w tle, a skupiłam na nim swoją uwagę, bo grał też Marcellusa w "Hamlecie". Może kiedyś zagra coś większego ;)


Krótko mówiąc, możemy stwierdzić, że "Koriolan" był wyśmienicie wyreżyserowany. Zresztą w wywiadzie z reżyser Josie Rourke, puszczonym między połowami przedstawienia widać co chciała osiągnąć i zresztą udało jej się to zupełnie. Muszę przyznać, że na mnie duże wrażenie zrobiła scenografia i kostiumy (Lucy Osborne) - zupełnie inne, niż w recenzowanym przeze mnie wcześniej Hamlecie. Tutaj otoczenie bohaterów jest minimalistyczne, a jednocześnie niezwykle wymowne i symboliczne. Z kolei kostiumy nie są ani współczesne, ani stylizowane na Starożytny Rzym. Sprawia to, że jeszcze lepiej widać ponadczasowe przesłanie sztuki. 


Co tu dużo mówić: "Koriolan" zupełnie mnie zachwycił. Jeśli nie macie szansy go już obejrzeć, to radzę wam przeczytać sztukę - jest naprawdę świetna.
Chyba, że już czytaliście? A może widzieliście tę adaptację?

PS: Osoby, które lubią teatr może się ucieszą, ponieważ niedługo pojawi się znacznie więcej postów o tej tematyce (głównie chodzą mi po głowie musicale). Ci co nie lubię, to polubią ;) A tak serio, to spoko, innych postów też będzie więcej!

1 komentarz:

  1. Nie widziałam tego, ale po przeczytaniu tego, co napisałaś jestem ciekawa. Może jakoś kiedyś uda mi się to obejrzeć, a skoro o to ciężko, to chociaż przeczytać. Bo Szekspira lubię, ale moją ulubioną sztuką jest i tak "Sen nocy letniej"

    OdpowiedzUsuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!