poniedziałek, 2 listopada 2015

Najczęstsze błędy filmowych adaptacji powieści

Ostatni post o literaturze młodzieżowej spotkał się z bardzo pozytywnym odzewem, dlatego w dzisiejszym także będę narzekać. Ale tym razem nie na same powieści, tylko na ich filmowe adaptacje.
Przyznam się szczerze, że generalnie oglądam mało filmów. Mimo wszystko, kilka razy w życiu postanowiłam zobaczyć z jakim skutkiem przeniesiono na ekran moje ulubione książkowe historie. I napiszę szczerze - zazwyczaj spotykał mnie spory zawód. Ale co właściwie poszło nie tak?

"Percy Jackson" to wyjątkowo słaba adaptacja, ale przyznaje, że mam zamiar obejrzeć drugą część dla przyjemności płynącej z patrzenia na Logana Lermana.

Błąd pierwszy: zbytnie skracanie fabuły
Przykład: "Małe kobietki" (1994) reż. Gillian Armstrong
Charakterystyka błędu: 
Nie jest tajemnicą to, że z kilkusetstronicowej powieści trudno jest nakręcić film, który byłby fabularnie niemalże identyczny, co pierwowzór. Ale jeśli z dwóch części książki robimy dwugodzinny film, to to nie może się udać. Ostatnio miałam (nie)przyjemność obejrzeć "Małe kobietki" i chociaż produkcja ma też wiele zalet, to ja, jako wielka fanka książki, byłam mocno zawiedziona.
Mam do niego wiele (naprawdę wiele) uwag, ale chciałabym skupić się na tym, że twórcy widocznie stwierdzili: "hm, musimy je wszystkie ożenić podczas tego filmu, bo inaczej nikt tego nie obejrzy!" (logika Hollywood), ponieważ postanowili za jednym zamachem nakręcić obie części powieści. I tak oto rok dla postaci, czyli dwieście pięćdziesiąt stron napisanych przez Louisę May Alcott, mija nam w godzinę. A ponieważ bohaterów jest dużo, to każdy dostaje nie więcej niż dwadzieścia minut na to, żeby się pokazać. 
Nie wiem jak wy, ale ja nienawidzę, kiedy akcja pędzi do przodu tak szybko, ze nie mam szansy dobrze poznać postaci. Zdecydowanie apeluję o rozsądne rozplanowanie akcji, tak żeby w fabule filmowej nie zabrakło niczego ważnego!

Od zimy do zimy w godzinę. Da się? Da się!

Błąd drugi: zmienianie fabuły i istotnych wątków
Przykład: "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna" (2010) reż. Chris Columbus
Charakterystyka błędu:
Rick Riordan nawet nie oglądał ekranizacji swojej najsłynniejszej powieści. Jeśli o mnie chodzi, to naprawdę nie mam nic przeciwko lubieniu filmowej wersji, sama czuję sympatię do filmowego Percy'ego i Grovera, nawet jeśli tak bardzo odbiegają od książkowego pierwowzoru. Chociaż to właśnie te wszystkie zmiany sprawiają, że film nie jest tak dobry jak mógłby być.
Tutaj pierwszą sprawą jest zmiana wieku bohaterów (ten wątek mogłabym podciągnąć pod inny podpunkt, ale chcę go związać z tym filmem). Otóż ja wyobrażam sobie to tak, że osoby chcące sfilmować tę historię siedzą sobie w kółeczku i nagle jedna z nich decyduje się powiedzieć, to co zapewne myślą wszyscy inni, czyli "hej, nie możemy nakręcić opowieści o 12-latku, 12-latkowie nie są sexy, więc nikt tego nie obejrzy!". Uwaga: błędne myślenie! Ktoś o tym "dziecku" czytał, więc pewnie ktoś też o nim obejrzy film. A jak się w to włoży dostatecznie dużo pracy i pieniędzy, to nawet może będzie można nakręcić serię podobną w formie do "Harry'ego Pottera"!
Po drugie: twórcy filmu zmienili też znaczną część intrygi. Nie wiem jak wy, ale ja miałam wrażenie, że zamykają sobie tym drogę do następnych filmów z serii. Ale nawet jeśli nie, to według mnie takie zmiany są po prostu nie fair. I w stosunku do fanów i pisarzy. Kropka.

Drugiej części nie oglądałam, ale to zdjęcie jest piękne <3.

Błąd trzeci: dodawanie niepotrzebnych wątków i wlewanie do filmu wiader patosu
Przykład: "Hobbit" (filmowa trylogia; 2012-2014) reż. Peter Jackson
Charakterystyka błędu:
To raczej wyjątek, ale jeślibym go pominęła, to pewnie ktoś by mnie pobił. W sumie to będzie najkrótszy podpunkt. Mam tylko krótką prośbę do twórców filmowych adaptacji: nie popadajcie ze skrajności w skrajność! Umówmy się, że z 200 stron da się zrobić mniej więcej dwie godziny. Nie jedną. Nie dziewięć (tym bardziej nie dziewięć!). 
W dodatku znowu mam wrażenie, że znowu osoby kręcące taki film mają głupie myśli w stylu: "zróbmy wszystko tak patetyczne jak się tylko da. I dodajmy romans, dużo romansu. A, no i przystojnych kolesiów, inaczej nikt tego nie obejrzy". Zaczynam sądzić, że ktoś tam w Hollywood jest przekonany o tym, że jeśli w filmie nie ma seksownego, białego faceta, to jest on (film) skazany na porażkę. Jeszcze smutniejsze jest to, że ten ktoś może mieć racje. Znaczy się, ja tam mogę oglądać adaptacje z przystojnymi kolesiami, ale mogę też obejrzeć takie bez. Serio, nie myślę hormonami.

Przynajmniej z Bilba nie zrobili bożyszcza nastolatek. 

Błąd czwarty: zmiana wyglądu bohaterów
Przykład: "Eragon" (2006) reż. Stefen Fangmeier 
Charakterystyka błędu:
Ktoś może powiedzieć, że przecież wygląd nie jest jakoś szczególnie istotny. Może i nie jest, ale tak jak w przypadku zmian fabularnych, chodzi najnormalniej w świecie o to, że to jest niesprawiedliwe w stosunku do autora i do fanów. Jeśli wyobrażałam sobie Aryę z czarnymi włosami, to Aryę z czarnymi włosami chciałabym oglądać na ekranie. I nie przemawia do mnie argument, że czasem trudno jest znaleźć dobrego aktora pasującego do roli - mamy XXI wiek i odpowiednimi kosmetykami (oraz soczewkami do oczu) naprawdę wiele da się zdziałać! Chociaż przyznam, że jestem ciekawa waszego zdania dotyczącego tego punktu.

Mam wrażenie, że w tym filmie zrobiono casting na zasadzie: "zróbmy tak, żeby wiek się mniej więcej zgadzał, kogo w ogóle obchodzi reszta!"

Podpunkt błędu czwartego: "wybielanie" postaci
Przykład: "Ziemiomorze" (2004) reż. Robert Lieberman
Charakterystyka podpunktu błędu czwartego:
Myślę, że szerzej byłoby gdybym napisała "wypięknianie" postaci. Otóż nie wiem jak was, ale mnie wręcz niemożliwie irytuje to, że bohaterowie hollywoodzkich filmów muszą spełniać pewne wymogi pod względem urody i zupełnie nie ma znaczenia to jak było w książce. Kobiety muszą być piękne i szczupłe, a mężczyźni przystojni i napakowani. A, i biali.
Nie oglądałam jeszcze "Ziemiomorza", a to między innymi dlatego, że skutecznie wstrzymuje mnie przed tym fakt, że Ged filmowy nie wygląda ani trochę jak Ged książkowy. Widzicie, Ursula K. Le Guin stworzyła pewien świat i w tym świecie na pewnej wyspie żyją ludzie ciemnoskórzy. W innym kraju żyją ludzie biali. I to jest fajne! Natomiast w filmie mamy mamy same białoskóre osoby, i nagle jednego ciemnego mistrza. Chyba wyczuwam pewną niekonsekwencję. 

Nie będę się czepiać, bo nie oglądałam, ale nie przypominam sobie tej sceny z książki...

Podpunkt piąty: zmiany w charakterze postaci
Przykład: "Małe kobietki" (1994) reż. Gillian Armstrong
Charakterystyka błędu:
Jak pewnie zauważyliście w dziełach, czy to literackich, czy filmowych, najważniejsi są dla mnie bohaterowie. I dlatego, chociaż wiem, że ekranowi odpowiednicy nigdy nie będą identyczni co ich książkowe pierwowzory (co w gruncie rzeczy jest całkiem dobre), to bardzo irytuje mnie, kiedy scenarzyści postawiają napisać postać całkiem od początku. Dlaczego?
Bo kurka wodna, zakochałam się w książkowym Laurie i nawet jeśli już musieli mu dać wygląd młodego Christiana Bale'a (w powieści był w połowie Włochem, o ciemnych włosach, oczach i cerze), to przynajmniej mogli zostawić mu jego cudny charakter! A tutaj - praktycznie napisali historię postaci od początku. 
Dlatego proszę was, scenarzyści, liczcie się z uczuciami nastoletnich fanek i nie psujcie ich książkowych ideałów. Bo jeszcze w przyszłości odwróci się to przeciwko wam.

Oboje piękni. Szkoda tylko, że według hollywoodzkich standardów, a nie książkowych opisów.

Pewnie zaraz po opublikowaniu tego wpisu przypomnę sobie o masie innych rzeczy, które przeszkadzają mi w filmowych adaptacjach moich ulubionych historii. Ale cóż, ja już mam to do siebie, że lubię się czepiać. 
Wy też? A może lubicie wszystkie wymienione przeze mnie filmy i te "błędy" wam w ogóle nie przeszkadzają? 
(A może znacie więcej przykładów niż ja?)

PS: Żeby nie było, są też dobrze zekranizowane powieści. Ale to już temat na inny post.

PS2: Wszystkie nadęte nazwy i sformułowania zaleca się traktować z odpowiednią dawką humoru i dystansu ;)

13 komentarzy:

  1. Percy Jackson to dla mnie ta smutna ekranizacja, która nie tylko zupełnie nie oddała zarówno fabuły, jak i atmosfery książki, ale też zamknęła drogę innym do stworzenia lepszej adaptacji. Historia ta miała taki potencjał, że rzeczywiście można było z niej zrobić coś w stylu Pottera. Ekranizacji Ziemiomorza nie oglądałam, ale jeśli tak "upiękniono" bohaterów Pani Le Guin nie wiem, czy się za to zabierać. I tak samo denerwuje mnie wsadzanie wątków romantycznych wszędzie, gdzie tylko się da. Nie mam nic do trylogii filmowej Hobbita (przedlużyli bardzo, ale miło mi się to bardzo ogląda), gdyby nie ta Tauriel. Nie chodzi mi tylko o to, że kocham Kiliego, ale dodanie wątku nie komponującego sie z innymi. Na szczęście wszystko wynagradza Thranduil...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, po prostu jakby twórcy traktowali nas jak kogoś, komu hormony przejęły szare komórki.
      Ja bym się cieszyła z dodania kobiecej postaci w "Hobbicie", gdyby nie stereotypowe: "buch, dodajemy dziewczynę, musi być piękna i mieć romans z kimś przystojnym". Grr, żałosne.
      Zwłaszcza, że Percy jest obecnie jedną z popularniejszych serii w swoim gatunku ;) No nic, może ktoś zekranizuje kiedyś Herosów lub egipską serię. Lub nowego Magnusa. Lub stworzy uniwersum Ricka Riordana (to dopiero byłoby ciekawe, filmy na podstawie jego powieści w formie "Avengersów" xD).

      Usuń
  2. Nie oglądałam praktycznie żadnego z filmów powyżej, ale ekranizacja "Percego " najpierw mnie zirytowała, ale później doszłam do wniosku, że w sumie lepsza taka niż żadna. ;) A co do innych serii Riordana - boję się ekranizacji Kronik. ;-; Nie znajdą idealnej Sadie, to niemożliwe. Chyba że przejdą się po wszystkich "gimnazjach" amerykańskich i odnajdą taką rozrabiakę. xD Ale moja wyobraźnia wysiadła przy postaci Besa. o-o Chociaż w sumie .... Może znalazłabym dobrego aktora, mieszka blok dalej . xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, wystarczy, że znajdą względnie podobną z wyglądu dobrą aktorkę ;) Jak będzie wystarczająco dobra, to nawet jeśli personalnie jest najbardziej ułożoną osobą na świecie, to Sadie zagra i tak :D
      No i jeszcze zatrudnią aktora, którego im polecisz i sukces gwarantowany! XD

      Usuń
  3. Pierwsza sprawa, jeśli chcesz pożenić niewątpliwą przyjemność oglądania Logana Lermanaz fajnym filmem to stanowczo polecam Trzech muszkieterów z 2011 (Logan ma tam dłuższe włosy co moim zdaniem podbija jeszcze wqrtości estetyczne ;). Faktem jest, że to historia baaardzo luźno oparta na powieści, ale też nikt nie udaje że jest inaczej. Tak miało być i ja to kupuję.
    Druga sprawa, o ile mogę oglądać film bez przystojnych aktorów, ba wcale nie będzie mi to przeszkadzać, ale jednak stanowczo wolę kiedy przystojni panowie się pojawiają. A Kilego kocham w każdym wydaniu :P
    Powodów dla których nie trawię Tauriel starczyło by na osobny komentarz, ale najpoważniejsza sprawa, dlaczego na bór zielony musi to być elfka? To jest tak bardzo naciągane (i tandetne), że wszystkie kończyny opadają.
    Za koronny przykład spaszczonej ekranizacji uważam Kamienie na szaniec, ale to już trochę inna kwestia, bo poza kwestią zgodności z książką pozostaje jeszcze sprawa zgodności historycznej i szacunku do tych ludzi. Niestety próżno tego szukać w tym tworze :/ Grrr, czuję jak mi skacze ciśnienie, idę oglądać zdjęcia młodego D'Artagnana, dobranoc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzech muszkieterów jeszcze nie oglądałam i chociaż słyszałam dużo negatywnych opinii, to chyba jednak się skuszę ;)
      Z kolei jako połączenie oglądania Logana Lermana z fajnym filmem polecam "Charliego". Po prostu w porównaniu do "Percy'ego" to Logan daje tam popis swoich aktorskich umiejętności (i tym razem nikt, nawet bardziej obeznany ode mnie nie wmówi mi, ze tak nie jest!). Dodatkowo towarzyszą mu niesamowici Ezra Miller i Emma Watson <3
      Obejrzałabym to jeszcze raz, bo za pierwszym razem byłam bardzo śnięta i w sumie to niewiele pamiętam.
      Racja, na "Kamieniach na szaniec" też się bardzo zawiodłam! No i tak strasznie spłaścili postaci i skrócili wątek Alka... :( Nie wiem w sumie czemu o tym nie pomyślałam, byłby podpunkt błędu piątego, czyli pozbawianie bohaterów charterów i tworzenie z nich płaskich, jednowymiarowych ludzików.

      Usuń
    2. A i zapomniałam napisać jeszcze najważniejszego w odpowiedzi na twój komentarz.
      Ja też bardzo lubię oglądać ładnych ludzi i przystojnych panów, problemem jest to, że w większości filmów tego typu oni są ładni według jednego schematu. A ja oglądałabym Hobbita z takim samym zaangażowaniem jakby Kili wyglądał mniej jak model, a bardziej jak Gimli (co nie znaczy, ze przeszkadza mi, że wygląda jak model ;P)

      Usuń
  4. Moja przygoda z Percym Jacksonem rozpoczęła się od Morza Potworów (zdecydowanie NIE polecam), kiedy to uznałam film za koszmarnie nieudany i beznadziejny. Dlaczego? Cóż, nie miałam pojęcia o istnieniu pierwszej części (a tym bardziej książki). Dopiero jakiś czas później zauważyłam błąd, a do przeczytania zachęciła mnie koleżanka (po filmach jakoś nie miałam ochoty na lekturę).
    Eragona po raz pierwszy obejrzałam mając jakieś 7, 8 lat. Wtedy film wydał mi się świetny. A potem przeczytałam książkę (niem zapomniałam już o ekranizacji, bo to było w szóstej klasie). Dopiero rok temu po raz kolejny spotkałam na swej drodze film. I dosłownie się załamałam. To, co oni zrobili z czterotomowej powieści, przekracza ludzkie pojęcie.
    Jeśli chodzi o Ziemiomorze - nie oglądałam, ale czytałam wszystkie części. I jeśli ten kudłaty ktoś na obrazku to Ged, to ja podziękuję za taką ekranizację...
    Hobbity przynajmniej trzymają się mniej więcej fabuły, na szczęście wątek Tauriel nie ma aż takiego wpływu na to, co się stanie. Mnie tam filmy się podobały :-)
    Aha, chyba masz albo błąd albo ja jestem niedoinformowana, ale na swojej stronie Rick Riordan napisał, że nie oglądał i nie zamierza oglądać ekranizacji :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No raz nie zrobisz wystarczającego researchu i od razu zauważą ;)
      A tak serio, to nie mogę uwierzyć, ale wtopa :o Już zmieniam i dziękuję za poprawienie. Przyznam, że przeczytałam kilka wypowiedzi Ricka o tym, że dla niego nie istnieje ekranizacja i innych w tym stylu i pomyślałam, że oglądał, ale woli o tym zapomnieć :D Dlatego dzięki, że mnie poprawiłaś ;) (W poście też już naprawione!)
      Ten kudłaty ktoś jest podobno bardzo sympatyczny, ale nie da się ukryć, że do Geda mu daleko ;)
      Filmy o Hobbicie mają swój czar, ale nie ukrywam, że zamiast epickiej, hollywoodzkiej trylogii wolałabym dostać wierną, baśniową adaptację książki. Taki lżejszy klimat = mniej patosu. Generalnie nie mam nic przeciwko nim, uwielbiam Martina jako Bilba, kocham całą kompanię krasnoludów itd., ale cóż... Pewnie z ich budżetem dałoby się to zrobić lepiej ;)

      Usuń
  5. Oglądałam i czytałam stąd tylko PJ... Jak jeszcze Grovera dało się znieść tak cała reszta była beznadziejna, a Ann w pierwszej części to po prostu porażka. Nie podobają mi się te filmy pod żadnym względem.
    Zgadzam się z tym, co tutaj wymieniłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejny post idealnie w moim guście! ;) Podoba mi się to, że tym razem tak szczegółowo! Jeśli chodzi o "Małe Kobietki" to w 100% się z Tobą zgadzam. Nie obejrzałam całego filmu, ponieważ byłam nim makabrycznie znudzona już w połowie! A szkoda, bo "Małe Kobietki" mają dla mnie sentymentalne znaczenie, bo kojarzą mi się z dzieciństwem i takie tam duperele i oglądając ten film byłam najprościej w świecie zawiedziona, ale jak sama wspomniałaś w większości adaptacji filmowych tak to się kończy!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś, chociaż muszę zauważyć, że czasami dodawanie jakichś wątków w ekranizacjach wychodzi im na dobre - np. w Koralinie dodanie wątku lalki oraz Wybiego sprawdziło się świetnie (przynajmniej moim zdaniem).
    A z tym ,,wybielaniem" postaci wstrzeliłaś się idealnie, bo akurat do kin wszedł Piotruś. Wyprawa do Nibylandii, w którym Tygrysią Lilię (Indiankę) gra biała aktorka. Rozumiem, że ten film jest jedynie wolną interpretacją oryginału, niemniej jednak bardzo mnie - jako ogromną fankę Disneya - to zirytowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, też mnie to ogromnie zirytowało! W ogóle nie pasuje do fabuły, bez sensu totalnie, 2/10, brak mojej okejki :/
      Koralina równie mocno podobała mi się w obu wersjach ;) Racja, ekranizacja nie może być identyczna co pierwowzór i czasem można sobie pozwolić na delikatne zmiany, np. w "Gwiezdnym pyle" też trochę zmieniono zakończenie i dodano jedną scenę, która dobrze się wpisywała w całość ekranizacji, więc wszystko zależy od tego jak dobrze się to zrobi!

      Usuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!