niedziela, 13 września 2015

Jak (prawie) zwyczajny turysta!

Jeśli czytacie mnie na bieżąco, to wiecie, że całkiem niedawno temu (ojoj, to już dwa tygodnie) wybrałam się do Londynu, żeby na żywo zobaczyć "Hamleta" w Barbican Theatre. Jednak siedzenie przez tydzień w wynajętym mieszkaniu tylko po to, żeby jednego wieczoru ubrać się ładnie, wsiąść w metro i pojechać na upragnione przedstawienie nie byłoby dokładnie wymarzonym pobytem w stolicy Anglii. Dlatego pokonałam swoje ogromne pokłady lenistwa i zgodziłam się z dziewczynami, że powinnyśmy maksymalnie wykorzystać ten tydzień (i może nawet coś pozwiedzać). I chociaż zastrzegałam się, że wpisu z wyjazdu nie będzie, a tak w ogóle ten blog miał aspirować do bycia blogiem o kulturze itd., ale w Londynie bawiłam się tak dobrze, że nie mogę się tym z wami nie podzielić. Przy okazji możecie dowiedzieć się paru przydatnych informacji, jakbyście przypadkiem zamierzali się tam wybrać ;)

Przede wszystkim chciałam was przestrzec, że jeśli ma się takie szczęście to podczas swojego pobytu nie spotka się swojego ulubionego aktora, który dopiero trzy dni później będzie miał sesje zdjęciową, w dzielnicy, w której spędziło się wcześniej pół dnia. Historia prawdziwa - niedługo po przyjeździe na facebooku zobaczyłam zdjęcia Toma Hiddlestona z najnowszej sesji. Na ulicach Londynu, które rozpoznawałam. Jestem dzieckiem-porażką.

A tak na serio - z jednej strony nie ma co liczyć na to, że spotka się w metrze ulubionego aktora (chociaż niektórym się to udaje). Ale jeśli jedziecie do Londynu na sztukę, to istnieje taki genialny wynalazek jak Stage Door. W tym wypadku ludzie już godzinę przed zakończeniem sztuki ustawiali się przy barierkach by z bliska zobaczyć Benedicta Cumberbatcha i zdobyć jego autograf. By wybrałyśmy się tam aż trzy razy.  Niestety mimo to, nawet za trzecim razem, kiedy stałyśmy w pierwszym rzędzie, tylko mi nie udało się zdobyć podpisu odtwórcy roli Hamleta (ale program podpisali mi wszyscy inni aktorzy!). 

Cóż, są ludzie szczęśliwi i urodzeni 13. Zimoroda*. Ale możecie mi wierzyć lub nie, ale dziewczyny z Niemiec, które stały obok nas i zostawały w Londynie tydzień dłużej zaproponowały, ze zdobędą dla mnie autograf! Więc może należę jednocześnie do obu kategorii. A poza tym, muszę wam przyznać, że czułam się jednak trochę wygrana, ponieważ większość ludzi czekała tylko na Benedicta, więc czekała dwie godziny na marne, a ja świetnie się bawiłam "rozmawiając" z pozostałymi aktorami.


Ale, ale, miało już nie być o "Hamlecie", bo jeszcze nim was zanudzę. Ale pozostając w tym klimacie: w Londynie cały czas grają masę cudownych przedstawień z genialnymi obsadami. Co prawda w czasie mojej wizyty było to średnim plusem, ponieważ bilety na te sztuki (lub musicale) są zazwyczaj bardzo drogie, więc na nic innego nie mogłam się już wybrać, jednak na wiele z nich da się zdobyć specjalne wejściówki za 10 funtów (tylko ja nie bardzo miałam czas/siłę/wolność żeby po nie stać).

Jednak to, że jestem dziką fanką teatru, wcale nie znaczy, że podczas pobytu w Londynie nie zachowywałam się jak zupełnie zwyczajny turysta. Pewnego dnia wybrałyśmy się np. na zmianę warty pod Buckingham Palace, gdzie widziałam prawdopodobnie największą ilość turystów zgromadzonych w jednej przestrzeni w życiu. Ja oczywiście jak zwykle się nigdzie się nie dopchałam  Zresztą ciężko się w ogóle by było przepychać przez takie tłumy, więc raczej gwardziści tylko nam migali przed oczami. Widziałyśmy za to jakiś dziwny performance/protest czy co to było. Ale do teraz nie rozumiem jego sensu, więc nie zaliczam to do niczego udanego ;)

Jeśli chodzi o dalsze udawanie typowego turysty, to byłyśmy w "prawdziwym" londyńskim pubie, ale nie wiem, czy to się liczy, bo tylko jedna z nas piła piwo (ja jestem nieletnia, a fe :D). Oprócz tego zaliczyłyśmy jazdę na górze autobusu - przy okazji porozmawiałam sobie z miłą starszą panią siedzącą obok. Znaczy się nasza rozmowa wyglądała tak, że pani zadawała mi różne pytania, na które odpowiadałam "yeah", bo "yes" jest dla mnie zbyt syczące i nie może mi przejść przez usta. Jestem słaba w nawiązywaniu rozmów z nieznajomymi staruszkami. A wracając do bawienia się w turystów: robiłyśmy sobie jeszcze zdjęcia w różnych charakterystycznych miejscach. Taka zabawa!

Wszystko fajnie, fajnie, ale czym byłoby zwiedzanie Londynu bez odwiedzenie peronu 3/4 i Abbey Road i zrobienia sobie zdjęcia w obu tych miejscach. Zdjęcie, na którym udajemy Beatlesów mogliście zobaczyć na facebooku, a na tym, na którym w granatowo-srebrnym próbuję dostać się do Hogwartu wyszłam jak dorodny kalafior.

Oprócz tego odwiedziłyśmy też kilka interesujących fandomowych sklepów. Sklep poświęcony Harry'emu Potterowi, ten na Baker Street (zgadnijcie na czyją cześć!) i inne tego typu były bardzo fajne, ale powiedzmy sobie szczerze, że nie umywały się do Forbidden Planet gdzie kupiłam sobie najpiękniejszą książkę życia! Udało mi się znaleźć... (trututu, fanfary!) "Gwiezdne Wojny" przerobione na sztukę szekspirowską! I to w dodatku naprawdę pięknie wydaną.

Ale nie wszystko co fajne, znajduje się blisko centrum. Jednego dnia wybrałyśmy się oczywiście, żeby stanąć na południku zero. Co prawda wejście do tej turystycznej części Greenwich, gdzie jest on narysowany na ziemi, kosztowało dosyć sporo, ale chodząc po parku, na pewno nie raz przeszłyśmy z półkuli wschodniej na zachodnią i na odwrót. No i zjadłyśmy śniadanie z pięknym widokiem na miasto :)

A, że lubimy jeść w ładnych miejscach, to innego dnia pojechałyśmy do Kenwood House. Było super: wejście za darmo, a w każdej sali czekała przewodniczka gotowa na to, by opowiedzieć nam coś o każdym przedmiocie wiszącym lub leżącym w danym pomieszczeniu. Pałacyk otacza cudowny park, w którym spędziłyśmy dużo czasu (głównie dlatego, że nie mogłyśmy trafić i błądziłyśmy, ale ci!). W ogóle parki w Londynie zasługują na własną odę. Są super!


Na koniec chciałabym obalić mit, że muzea są nudne. Te w Londynie można by zwiedzać i zwiedzać (głównie dlatego, że są takie ogromne)! My oczywiście wybrałyśmy się prawie tylko do tych darmowych, ale one już są wystarczająco cudowne! Oczywiście ja, jak to ja, najbardziej jarałam się pięcioma obrazami Vincenta Van Gogha wiszącymi w National Gallery, ale w innych miejscach też było super! W Natural History Muzeum oczywiście największą atrakcją są dinozaury, ale jest tam też dużo innych ciekawych rzeczy! Świetnie było tez w Science Muzeum, a w British Muzeum po obejrzeniu przedmiotów pokradzionych starożytnym cywilizacjom zaczęłam bawić się w "szukanie polskich akcentów", czyli czy nam też coś ukradli. Ano ukradli, trzy zegary.

W płatnych muzeach ceny rzeczywiście mogą odstraszać ceny (zresztą w tych "darmowych" na każdym kroku puszki i "please donate", ale my byłyśmy niefajne i biedne), które są wysokie, delikatnie mówiąc. Dlatego odmówiłyśmy sobie wiele z nich i kupiłyśmy tylko bilety do The Globe. Po pierwsze dlatego, że to The Globe (phi, jakby jakiś dodatkowy powód był jeszcze potrzebny!), a po drugie dlatego, że kupując Travel Card bilety miałyśmy dwa razy tańsze (tak, że w ostateczności kosztowały znacznie mniej niż moja piękna książka). W ogóle muszę dodać, że byłyśmy tam w czwartek rano, a ten oto dzień tygodnia był najlepszym spędzonym w Londynie. Zaraz po zwiedzaniu (przynajmniej do ceny bilety jest dodatkowo przewodnik!) ruszyłyśmy na Baker Street - to prawdziwe i to serialowe, gdzie wypiłyśmy prawdziwie angielską herbatę z mlekiem w "Speedy's". A wieczorem... wybrałyśmy się do teatru (doskonale wiecie na co!).



W sumie to to by było na tyle. Znaczy się nie, Londyn jest znacznie ciekawszy niż można by przypuszczać z mojego wpisu, ale nie będę tutaj pisać tak długiej ody jakiej bym chciała, bo bym was zanudziła. Ale jeśli mielibyście kiedyś okazję się tam wybrać, to nawet się nie zastanawiajcie i pakujcie walizki!

A może byliście już w Londynie? Jakie wrażenia wynieśliście z tego super miasta? 

Uwaga, uwaga! Zdjęcia nie są moje! Dziękuję Emilce, która je zrobiła i pozwoliła mi je tutaj wstawić. 

*Moje koleżanki odkryły sekret mojego pecha. Tak na prawdę nie urodziłam się 13. października, tylko 13. zimoroda, czyli trzynastego miesiąca roku.

10 komentarzy:

  1. Na jeszcze nie miałam okazji być w Londynie i zazdroszczę wyadu :) Jednak chyba niedługo też będę miała okazje odwiedzić to miasto ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli się uda, to życzę owocnej podróży!

      Usuń
  2. Nigdy nie byłam w Londynie, ale może kiedyś...? ^^ super wpis! Na pewno do niego wrócę, kiedy będę miała okazję wybrać się do tegp miasta!
    P.S. cieszę się że nie zrezygnowałaś z prowadzenia bloga! Podobają mi się wprowadzone przez Ciebie zmiany! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojoj dzięki! To nie koniec zmian, planów mam dużo, ale niestety czasu znacznie mniej ;(
      Fajnie, że uważasz wpis, za przydatny i życzę Ci, żeby kiedyś udało Ci się tam pojechać!

      Usuń
  3. Kiedyś się na pewno wybiorę, w ogóle nie ma innej opcji. Ale zaciekawił mnie ten protesto performance, możesz mi go opisać w kilku zdaniach? Może wpadnę na trop i wymyślę o co chodziło ;) Poza tym mam jeszcze super hiper ojojoj jakie ważne dla mojego fangirlowego serduszka pytanie: czy niebieskie policyjne budki telefoniczne istnieją naprawdę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to on był tak dziwny, że nawet nie bardzo go pamiętam ;) Znaczy się Ci ludzie pod taką jedną jakby płachtą, tylko, że mieli kaptury, mieli transparent (nie pamiętam co na nim było napisane, ale on też był dziwny) i jeden zaczął grać na bodajże saksofonie, a reszta zaczęła się dziwnie ruszać do rytmu.
      Szczerze mówiąc nie pamiętam żadnej niebieskiej budki (nawet TARDIS niestety nie widziałam ;). Za to na pewno spotkałyśmy raz jaskrawo zieloną budkę, co trochę nas zadziwiło. Generalnie, mogę na pewno powiedzieć, że niestety brak budek wyglądających jak statek kosmiczny Doctora ;)

      Usuń
  4. Kocham Londyn każdym głupim włóknem mojej głupiej kochającej Londyn duszy i piekielnie zazdroszczę pogody :D.
    Moim marzeniem jest zobaczyć Giselle (chociaż innym romantycznym baletem też nie pogardzę) w Royal Opera House, tylko na tych najlepszych miejscach, nie tych za pięć funtów ;).
    Zazdroszczę strasznie, naprawdę, bo od kwietnia już się za Londynem stęskniłam i cieszę się, ze tobie też się podobał :D!

    OdpowiedzUsuń
  5. Boszu boszu boszu, jak mi wstyd, ze dopiero teraz komentuję! Ajm sory, czytałam posta już dawno temu, ale ostatnio rzadko komentuję :( W każdym razie...
    wielkie, wielkie zazdro! Ja w londynie byłam bodajże 4 lata temu, więc niewiele pamiętam. Pamiętam natomiast, ze jarałam się wszystkim, co tam widziałam xD To miasto mnie po prostu uwiodło, więc robiłam zdjęcia nawet zwykłym budynkom, dzięki czemu po 1 dniu miałam zapchaną kartę od aparatu :D Mój mózg nie chce się wysilić w tej chwili na jakiekolwiek wspomnienia, ale z ręką na sercu przyznaję, że było super i z chęcia bym tam wróciła :) Ale niestety wizyty w teatrze nie miałam okazji zaliczyć, była to wycieczka szkolna także tego... xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, spoko, nie masz żadnego obowiązku komentować moich postów, więc i nie masz za co przepraszać ;)
      Właśnie dlatego nie lubię wycieczek szkolnych - nigdy nie można robić dokładniego tego co się chce! I tu nawet nie chodzi o wyjście do teatru, ale o wszystko: ja chcę do katedry, oni do Maka, ja chcę do teatru, oni do hotelu. A po wszystkim "organizatorzy" zabierają nas na bardzo nudne coś (fontanny) z bardzo wkurzającą popową muzyką i jeszcze twierdzą, że to spodoba nam się bardziej niż gdyby grali Mozarta. No chyba nie.

      Usuń
  6. Zanudziła? Dziewczyno! Twoja relacja z pobytu w Londynie jest genialna! Poza tym uwielbiam to miasto, chociaż jeszcze nigdy tam nie byłam, a szkoda :D Uwielbiam czytać takie posty :) Zazdroszczę bardzo udziału w sztuce, podobnie jak Ty uwielbiam teatr! :) Zobaczenie Benedicta Cumberbatcha na żywo... to musi być coś :D

    OdpowiedzUsuń

Za komentowanie nie dostajesz co prawda czekolady, tylko dozgonną wdzięczność autorki, ale podobno się opłaca!
Do zobaczenia!