poniedziałek, 27 października 2014

Czy ktoś już panu mówił, że jest pan uroczy?

Cze!
Muszę się wam przyznać, że żartowałam i post "Wieli Filozof Życia..." co prawda egzystuje sobie spokojnie w wersjach roboczych, ale jest jeszcze niezupełnie skończony. A, no i piszę na nielegalu (takie życie na krawędzi) bo właśnie powinnam się uczyć... no... czegokolwiek. Jednakże właśnie odkryłam nieubłaganą prawdę, że jestem od tego bloga uzależniona i dłużej bez pisania nie wytrzymam. Także znowu króciutki, nie wymagający myślenia pościk.
Tematem jest (a jakżeby inaczej) Tom Hiddleston, a raczej jego najważniejsza jak do tej pory rola, o której zapomniałam wspomnieć w pierwszym poście poświęconym zachwycaniu się nad tym aktorem. Nie będę już nic pisać, zachęcam was tylko szybciutko do obejrzenia, bo film ma dosłownie dwie minuty. A oto on:
Nie przejmujcie się, jeśli nie umiecie angielskiego. Ja też nie umiem, a oglądania mi to nie zepsuło.



Z cyklu "Szalone życie Angi": Byłam sobie w weekend na Targach Książki i a propo tego wspomnę tylko tyle, że musimy się postarać, żebym do przyszłego roku była sławną blogerką, to może mnie zaproszą. Nie żeby bilety były szczególnie drogie, ale jednak tak vipowsko, jest bardziej interesująco. Tylko chyba przydałoby się w tym kierunku wstawiać recenzje książek. Kurka szkoda, nie jestem w tym zbyt dobra.

Z cyklu "Anga wściekła na pisarzy": Musicie wiedzieć, że lubię sobie czasem poczytać książki mniej ambitne, takie raczej skierowane do młodszych osób. Między innymi jestem wielką fanką Ricka Riordana i właśnie skończyłam czytać "Krew Olimpu" (tak, to dlatego jestem całkowicie nieprzygotowana na jutro do szkoły) i mam bardzo, bardzo mieszane uczucia. Także jeśliby ktoś tak jak ja lubował się w prostszych do przyjęcia lekturach i całkiem przypadkiem już to przeczytał, to niech do mnie napiszę, bo muszę się wyładować. Bo wszystko niby ładnie, ale jakoś bez przytupu (i sensu też nie, ale kto szuka sensu w fantastyce).

sobota, 11 października 2014

Dlaczego wstawanie do szkoły na 8:00 to zdecydowanie lepszy pomysł niż lekcje od 7:30?

Hej!
Droga do tego posta była żmudna i niebezpieczna, zwłaszcza, że wyparł on inną, być może równie ciekawą, notkę, ponieważ stwierdziłam, że pewnie nie chcecie fanienia w każdym wpisie. Ok, rozumiem, to zdanie daleko odbiega od ogólnie przyjętych norm poprawności w języku polskim. Ale proszę nie wymagajcie ŻADNEJ poprawności w tym poście. A dlaczego? Ponieważ nie wszystkie szkoły potrafią się ulitować nad biednymi, przemęczonymi uczniami i zamiast ustalić godzinę 8.00 jako godzinę rozpoczęcia lekcji wymyślają jakieś dzikie 7:30. No proszę, toż to przecież noc!

Długo nie mogłam wybrać, czym zilustruję tego posta, więc proszę zadowólcie się tym. Fotografem nie jestem, ale Kraków to zawsze wdzięczny model, także tego... Zdjęcia stare, zbieram się, żeby pójść porobić nowe, ale ni ma czasu.
Przede wszystkim w zimie o tej godzinie (7:30) jest jeszcze ciemno! A jak jest ciemno, to znaczy, że mamy spać, a nie uczyć się o wiązaniu disulfidowym (co to w ogóle jest?). Prawda ta znana jest już od czasów prehisotrycznych, kiedy to ludzie jeszcze nie okiełznali ognia, aż do teraz, kiedy głoszą ją szaleni ekologowie w trosce o dobro naszej planety (i bardzo słusznie!). W końcu ile prądu marnuje się w ciągu tej pół godziny! A no i przede wszystkim biedni uczniowie, którzy daleko mieszkają mają znacznie utrudnioną sytuację. O ile lepiej powiedzieć "wstaję po piątej", niż "wstaję przed piątą". Chociaż akurat dla mnie to żadna różnica, w ogóle nie ogarniam jak można obudzić się o takiej porze.

Usłyszałam kiedyś, że to najpiękniejsze zdjęcie kosza na śmieci na świecie. No cóż, w Krakowie nawet taki zielony "pojemnik" może być czymś ładnym.

Poza tym, amerykańscy naukowcy udowodnili, że jeśli śpisz pół godziny dłużej, to znaczy, że masz za sobą pół godziny snu więcej! Nie wiem jak wy, ale ja tam ufam amerykańskim naukowcom, zwłaszcza jeśli prawią takie mądrości. Poza tym dalsze badania dowiodły, że jeśli nastolatkowie śpią o tyleż dłużej, to zazwyczaj są znacznie bardziej wyspani. Czapki z głów przed tymi mądrymi osobami, które tak chętnie spędzają wiele godzin nad jedynym prawdziwym problemem nękającym nastolatków.

To zdjęcie jest czarno-białe i są na nim ludzie tyłem, więc jest bardzo artystyczne. I tego się trzymajmy....

I na koniec najważniejszy argument: 8 wygląda trochę jak bałwanek (a nawet trochę bardzo). Każdy kto oglądał "Krainę lodu" nie ma wątpliwości, że bałwanki to sympatyczne stworzonka, którym należy się należyty szacunek. Ja uważam, że ustalenie lekcji na 8.00 jest doskonałym dowodem sympatii, dla tych lodowych cudaków. A "00" oznacza oczywiście liczbę sto. Czyli sto bałwanków na dobry początek dnia. A ty 7:30, czym jesteś?

Skrzypek na placu Mariackim, czyli tło prawie krakowskie. 

Tak jakoś ostatnio wchodzę codziennie z telefonu na bloggera i patrzę sobie, ze prawie nikt (Ola, przywracasz wiarę w blogową ludzkość) nie wstawia nowych postów... I potem sobie myślę, że to smutne... A później myślę, że ja pisze jeszcze, rzadziej i też myślę, że to smutne... I tak mi smutno upływają chwile spędzone w blogosferze.
No dobra, żartowałam. znaczy się nie do końca. W każdym razie chodziło o to, że w moim zacnym liceum nie liczą się z możliwością, że uczeń może mieć jakieś inne życie poza nauką. To smutne, bo w moim życiu aktualnie właśnie na nią nie ma czasu. Ale lecem!
Ok, nie wiem co ja tu piszę... Hm, wspomnę tylko o tym, że jest teraz parę rzeczy, na które czekam (to akurat w moim życiu stan permanentny, zawsze na coś czekam), o czym napiszę w następnych postach jak się już doczekam. A teraz krótkie pytanie dla tych co dotrwali do końca: chcielibyście, żebym zrobiła serię postów dla magicznych ludzi z youtube'a?
Do przeczytania!

piątek, 26 września 2014

Czy ktoś już panu mówił, że jest pan boski?

Cześć!
Tak wiem, rozpieszczam was dwoma postami pod rząd (edit:post pisany był zaraz po tamtym, ale nie został dokończony), ale to dlatego, że jestem sobie chora, a kiedy radośnie wrócę do swoich zajęć może się okazać, że na posty nie będę mieć w ogóle czasu. Także łapcie i się cieszcie, zwłaszcza, że dzisiaj będzie czym. A raczej kim, czyli <niebiańskie trąby> Tomem Hiddlestonem! Specjalnie poświęcone mu miejsce na tym blogu, będzie dotyczyło jego ról i ocenie filmów, w których możecie go oglądać. Nie będziemy zagłębiać się w to jakim jest człowiekiem (choć posiadam źródła, by sądzić, że idealnym), gdyż jest brytyjskim aktorem odległym o tysiące lat świetlnych. Ocenimy go z kolei jako aktora, bo przecież nie trzeba być Magdą Gessler, by powiedzieć, że zupa jest za słona. Filmy absolutnie nie w kolejności kręcenia-dzisiaj zaczniemy od roli, przez którą stał się znany na całym świecie. Mowa tu oczywiście o nordyckim bogu Lokim.


Loki zastanawia się dlaczego się nie uczysz, tylko czytasz mojego bloga? (Ukradzione z tumblra.)

Pierwszy raz mogliśmy oglądać go w tej roli w filmie "Thor" z 2011. Produkcja zrealizowana jest na podstawie kultowego komiksu z 1962 roku, o tym samym tytule. Nordycki bóg piorunów Thor (Chris Hemsworth) za nieposłuszeństwo, zostaje pozbawiony mocy i zesłany na Ziemię przez swojego ojca Odyna (Anthony Hopkins). Tutaj ma nauczyć się pokory i posłuszeństwa, jednak dopiero kiedy planeta jest zagrożona, przekonuje się co to znaczy być prawdziwym bohaterem. Film zrealizowany został z wielkim rozmachem, a reżyserii podjął się Kenneth Branagh znany wcześniej głównie z produkcji Szekspirowskich. Na szczególną uwagę zachowują stroje Asgardczyków oraz niezwykle realistyczne efekty specjalne, jednak to aktorstwo na wysokim poziomie jest największym walorem "Thora". Tutaj szczególnie możemy wyróżnić Toma Hiddlestona, w roli przebiegłego Lokiego, który nieustannie zaskakuje. Czasami sama gubię się, czy mam go w danej chwili nienawidzić, czy mu współczuć. No, ale z drugiej strony jak można nienawidzić kogoś o takim spojrzeniu? Wartą napisania rzeczą jest też to, że wspomniany przez nas brytyjski aktor najpierw starał się o rolę Thora, jednak mimo przybrania w tym celu kilku kilogramów masy mięśniowej, Kenneth Branagh zdecydował, że lepiej nada się na jego młodszego. I w tym momencie wszystko diametralnie się zmieniło, ponieważ Tom zamiast wagę zdobywać, zaczął ja tracić. Nie odmawiał sobie też biegów i skakania na skakance, by stać się równie zwinny jak jego bohater. I to jest właśnie poświęcenie dla roli!

Loki ciągle zastanawia się dlaczego się nie uczysz... (stąd).
Kolejny raz, młodego boga mogliśmy oglądać w produkcji "Avengers" (2012). Tym razem reżyserią zajął się Joss Whedon, który napisał także scenariusz. O samym filmie nie ma się co rozpisywać, mogę powiedzieć tylko, że jeśli ktoś zachwycał się "Strażnikami Galaktyki", a nie widział jeszcze "Avengersów", to powinien szybko nadrobić zaległości. Nie jest to może wielkie kino, ale w swym gatunku, to już niemalże klasyk (nawet Gazeta Telewizyjna daje mu cztery gwiazdki!). A jak tutaj radzi sobie Tom Hiddleston? Cóż, tym razem jego zadanie było o wiele trudniejsze, ponieważ musiał przyćmić aktorów takich jak Robert Downey Jr. (tutaj raczej kwestią sporną jest, którego z panów się milej oglądało), Chrisa Evansa, czy Marka Ruffalo. Udało mu się to niestety zbyt dobrze, czego następstwem jest to, że nie zobaczymy go w drugiej części (nikt mi nie wmówi, że nie gra w niej z innego powodu-po prostu twórcy nie chcieli, żeby znowu kradł wszystkie sceny, w których się pojawia).

Bo tak naprawdę Loki doskonale rozumie to, że wolisz go oglądać, niż się uczyć.
Jeśli myśleliście, że postać przebiegłego boga nie może was już zaskoczyć bardziej niż w "Avengersach" to grubo się myliliście.  W "Thorze 2" (2013) Loki zniewala, kłamie, wzbudza oburzenie lub współczucie i generalnie robi z nami co chce. Reżyserem tym razem jest Alan Taylor i być może to jemu zawdzięczamy te najwspanialsze sceny. Nie chcę wam nic zdradzać, ale moim skromnym zdaniem Loki zasługuję na miano najbardziej złożonego, zaskakującego, pięknego i najlepiej zagranego złoczyńcy w historii Marvela. Trudno także o bardziej złożoną postać w tym komiksowym świecie. Także jeśli jeszcze nie poznaliście Toma, to Marvel daję wam ku temu okazję robiąc film zabawny (ważne! zabawny tylko po angielsku! na polskich napisach Thor pyta czy zatkało kakao <a ja ciągle nie wiem co zatkało>) i lekki, idealny na wieczór samotny, z przyjaciółmi, czy z rodziną. W sumie na poranek też dobry. A jakbyście go chcieli oglądać w środku dnia, to nie zabraniam. Podsumowując: zamiast przeglądać bez sensu internety obejrzyj fajny film!

A tu Loki płacze, bo już kończę ten post. Loki, nie zabijaj!
PS: Warto wspomnieć, że Tom pomagał chorym na stwardnienie zanikowe boczne w akcji Ice Bucket Challenge, niedawno zainteresował się ratowaniem Arktyki, wspiera także Emmę Watson w akcji #HeForShe. Tak jakby ktoś mimo mojego wstępu zastanawiał się jakim on jest człowiekiem :)
PS2: Słuchaj się Avengersów!
PS3: Przypominam, że wciąż można zgarnąć czekoladę, jeśli tylko wymyśli się jakiś fajny pomysł na wykorzystanie biletów!

wtorek, 23 września 2014

Zlodowacenie spowodowane przez Królową Śniegu

Dobry wieczór!
Siedzę sobie cały dzień w domku, a post powstaje dopiero wieczorem. Dzieje się tak, dlatego że... No dobra, tak na prawdę to nie ma żadnego logicznego wyjaśnienia, ale chciałam zwalić winę na Królową Śniegu. Tylko tak jakoś nie mam serca...
Nie wiem, czy czytaliście baśń Andersena, ale o tytułowej bohaterce dowiemy się z niej niewiele. Czytałam, że "Kraina Lodu" Disneya powstała dlatego, że twórcy zastanawiali się co sprawiło, że Królowa Śniegu była tak okrutna? Ja wiem, że pewnie was zdziwi moje zdanie, ale ja wcale nie sądzę, żeby była ona zła. Pewnie lekko egocentryczna (no ok, uprowadzenie dziecka dla własnej korzyści, nie jest zbyt delikatną odmianą tego zjawiska, ale też nie mówmy o niej tak źle), ale nie zrobiła nic by zasłużyć na miano okrutnej. No, może troszeczkę.

To w sumie miał być główny temat notki, czyli bransoletki zainspirowane tą baśnią.

Pewnie nie wszyscy pamiętają oryginalną (być może, zapewne są inne "oryginalne" wersje tej baśni) Królową Śniegu, baśń w siedmiu częściach, więc postaram się ją pokrótce przypomnieć. Cała historia rozpoczęła się, kiedy Zły troll stworzył lustro, które odbija i wyolbrzymia tylko rzeczy złe i nieładne. Każdy kto w nie spojrzał miał twarz okrutnie wykrzywioną i wstrętną, a kiedy tylko jakaś miła myśl przyszła mu do głowy, to zamiast uśmiechu w swoim odbiciu miał okropny grymas. Zły miał swoją szkołę dla trolli, której uczniowie zaraz zaczęli opowiadać, że w lustrze nareszcie można przekonać się jaki świat jest naprawdę i wkrótce w okolicy nie było osoby, która nie ujrzałaby w nim swojego fałszywego odbicia. Jednak trolle zapragnęły czegoś więcej, chciały ośmieszyć samego Pana Boga. Próbowały więc do lecieć do samego nieba, kiedy lustro nagle wyślizgnęło im się z rąk, spadło na ziemię i rozbiło na biliony kawałeczków, czym narobiło jeszcze więcej szkody. Największe z nich ludzie wtykali sobie do okien, a wystarczyło by przez nie spojrzeć i na zewnątrz widziało się same najgorsze rzeczy, innymi zastępowano szkło w okularach, a osoby, które przez nie patrzyły nie potrafiły ocenić spraw sprawiedliwie. Najmniejsze kawałeczki były nie większe od ziaren piasku i to one wyrządzały najwięcej szkody, ponieważ kiedy wpadały komuś do oka, widział on wszystko jako okropne i odrażające, a kiedy wbijały się do jego serca, zamieniało się ono w kawałek lodu...



W tym czasie w pewnym miasteczku, żyło sobie dwoje dzieci Kaj i Gerda, które chociaż nie były rodzeństwem, to kochały się jak brat i siostra. Ich rodzice mieszkali naprzeciwko siebie, a ponieważ miejsce gdzie żyli było tak nie wielkie i było tam tak dużo domków, że nie dało się mieć własnego ogródka, to ustawili dwie skrzynki z różami na przeciwko siebie, co wyglądało prawie jak grządki. Pod tymi skrzynkami dzieci spotykały się i bawiły na małych skrzyneczkach pod różami. Niestety pewnego dnia dwa kawałki zaczarowanego lustra wpadły do oka i serca Kaja. Od tego czasu przestał być kochany dla Gerdy, a jego ulubioną zabawą stało się przedrzeźnianie innych, co świetnie mu wychodziło, ponieważ widział wszytko co jest w nich brzydkie i dziwaczne. Gdy przyszła zima, wybrał się wielki plac, gdzie najsprytniejsi przywiązywali swoje sanki do chłopskich wozów i tak jechali. Kiedy przejeżdżał tamtędy bogaty, śnieżnobiały powóz, Kaj nie zawahał się ani chwili i szybko podpiął do niego swoje saneczki, a wtedy wóz zaczął pędzić coraz szybciej, aż w końcu wyjechał daleko za miasto. Wtedy wysiadła z niego Królowa Śniegu i posadziła zmarzniętego chłopca obok siebie, a kiedy go ucałowała nie czuł już zimna, zapomniał także o Gerdzie. W tym samym czasie zastanawiano się, gdzie się podział Kaj, jednak ponieważ nikt nie mógł go znaleźć założono, że wpadł do rzeki i umarł.


Wypłakano wiele łez za Kajem, a najwięcej wypłakała Gerda, która tak bardzo go kochała. Kiedy nadeszła wiosna słońce i jaskółki powiedziały jej, że jej przyjaciel wciąż żyję! By się o tym przekonać dziewczynka udała się nad rzekę i tu zaczęła się jej wielka przygoda. Wiem, że wytrącam was trochę z wprowadzonego przez siebie baśniowego rytmu, ale nie będę streszczać całej wędrówki Gerdy, ponieważ zajęłoby mi to zbyt dużo akapitów, a chcę jeszcze wspomnieć o paru rzeczach. W każdym razie jak wszyscy wiemy dziewczynce udało się dotrzeć do lodowego pałacu, gdzie Kaj próbował ułożyć słowo "wieczność", które dało by mu wolność, a kiedy zapłakała odłamek szkła w jego sercu rozpuścił się, a jego własne łzy wypłukały lustro z oka. Rozpoznał Gerdę i radości ze wspólnego spotkania nie było końca, a słowo dające chłopcu wolność było wypisane lśniącymi kawałkami lodu.


Streszczając tę baśń pominęłam kilka istotnych elementów, ale mam nadzieję, że zachęci was to do przeczytania całości. Grunt, że jak pewnie widzicie, o tytułowej postaci dowiadujemy się niewiele (większą część stanowi opis wędrówki Gerdy), a jednak od lat jest ona ogromną inspiracją dla wszelakich artystów. Piękna, dostojna lodowa pani. Na pewno możemy tylko domyślać się, jakie motywy kierowały nią kiedy sprowadziła do siebie Kaja i dlaczego sposobem na zdobycie wolności było ułożenie owego słowa z kawałków lodu. Ja szczerze mówiąc jestem po stronie obrońców królowej i chociaż nieładnie wykorzystała sytuację, to jednak nie ona stworzyła feralne lustro. Potrzebowała towarzystwa w swojej samotni, jednak widocznie po prostu nie potrafiła go poszukać, więc "porwała" chłopca, dając mu jednak możliwość odejścia. Być może ona sama pomyślała o kimś, kto będzie go kochał tak bardzo, że wyruszy w podróż na drugi koniec świata, a wtedy wyznaczone przez nią zadanie nie sprawi żadnego problemu. Może... No nic, każda interpretacja dobra, byle pomysłowa!


Zapewne nie to miało być przesłaniem baśni (tylko to: "A jeśli nie staniecie się jako dzieci, nie osiągniecie Królestwa Bożego"), ale myślę, że zawsze należy patrzyć na człowieka, tak jak twórcy Disneya popatrzyli na Królową Śniegu: zastanawiając się dlaczego? Drugi człowiek jest to bowiem największy cud na świecie, ale także największa zagadka. Jednak jest to jedna z tych łamigłówek, która warta jest odkrycia i kryje w sobie dużo więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Czy ja, że was tak moralizuję, lubię wszystkich, którzy mnie otaczają? Nie, jest wiele osób, które mnie denerwują i z którymi nie chcę mieć na co dzień do czynienia. Jednak staram się po prostu nie oceniać, a wręcz przeciwnie poznawać. Wychodzi mi to z różnym skutkiem, ale podobno wystarczy chcieć. Ja bardzo chcę i może kiedyś coś z tego wyniknie.

A teraz nie do końca na temat posta... Nie bardzo byłam zadowolona z poprzedniej notki. Teraz też wydaję mi się, że coś nie do końca mój styl. Nie wiem, czy to za mało snu, czy pogoda, czy dopadająca bezna... Tfu, tfu, wypluj to! Z beznadzieją trzeba walczyć od początku! Ale w każdym razie jeszcze jedno słowo, a propo bloga. Myślałam, że to, że usuwam komentarze z adresami swoich blogów (nawiasem mówiąc czemu, ach czemu zostawiacie je pod postami, a nie w "Gościach w Norze"?) to przesada, bo może ktoś po prostu w ten sposób się podpisuje. Ale jednak nie, przynajmniej u mnie, osoby, które to napisały zupełnie nie obchodziły moje wypociny! Po poinformowaniu ich, że usuwam ich komentarz, ponieważ zawiera dodatkowy element, nie zostawiali jakiegokolwiek innego. Cóż, generalnie na bezwartościowych komentarzach służących tylko do wypromowania swojego bloga mi nie zależy, ale mam taką zasadę, że zawsze wchodzę na blogi komentujących (jeśli wcześniej na nich nie byłam, co rzadko się zdarza, bo raczej mam kochanych, wiernych stałych czytelników) i komentuje przynajmniej jeden post, a jeśli blog mi się spodoba, to na pewno o nim wspomnę w jakimś poście. Dlatego zostawianie adresów w komentarzach jest bez sensu, bo tylko mnie smuci.

Ok, a teraz pytań kilka do stałych czytelników (w sumie do tych co zawitali tu na ułamek sekundy też)
1. Idę w bardzo złą stronę?
2. Co sądzicie o jakichś seriach postów?
3. Czy mogłabym kiedyś wstawić na bloga jakieś opowiadanie, czy byście wygwizdali?
To z chęcią przeczytam wasze odpowiedzi. Do napisania!
PS: Przypominam o czekoladzie za bilety.

piątek, 19 września 2014

Najlepiej napisane, najlepiej zaśpiewane

Dobry!
Dawno nie pisałam, wiem. Jestem zła, wiem. I przede wszystkim zdaję sobie sprawę z tego, że moja nieobecność wymaga usprawiedliwienia. Otóż powód prozaiczny, krótki i niektórym znany, a wyrazić go można w dwóch zwyczajnych słowach: "brak czasu". Jak wiecie Anga jest osobą nie tylko leniwą, ale także niezwykle nieogarniętą, tak więc kiedy nagromadziło jej się multum zajęć przez które nie miała czasu nawet na naukę (jakby się uczyła gdyby ten czas miała...) zamiast napisać posta miała nadzieję, że nikt nie zauważył jej długiej obecności. No dobra, to nieprawda. Miałam nadzieję, że ktoś to wchodzi co jakiś czas i sprawdza czy na pewno nie ma nic nowego. Ale z drugiej strony byłoby to dosyć egoistyczne... Ok, blog to nie jest miejsce na dylematy egzystencjalne, porzućmy to i wróćmy do notki.
Będzie trochę chaotycznie (o ile już nie jest... i to nie trochę!), mało ambitnie i niezgodnie z zapowiedziami, które okazały się dla mnie zbyt ambitne. Także wymaga trochę zaangażowania, ale takiego bardziej komputerowego. Będzie ranking piosenek Disneya, ładne arty znalezione specjalnie na tę okazję oraz trochę innych rzeczy wspomnianych tylko w zakończeniu.


Dzisiaj będzie dużo ładnych obrazków, choć powiedziałam sobie, że będę wstawiać tylko te szersze niż wyższe. Jak kiedyś założę sobie stronkę na facebooku to wam zrobię spam z ładnymi artami Disneya w pionie.

1. "Być tam" (ang. Out there) z "Dzwonnika z Notre Dame"
Pewnie nie wyraziłam się we wstępie dostatecznie jasno, więc zrobię to teraz. Ten post poświęcony jest takiemu mojemu rankingowi piosenek Disneya. Właściwie nie jest to ranking, tylko raczej lista i to nie piosenek, a raczej soundtracków. Znaczy się oceniam całą ścieżkę dźwiękową z danego filmu wyróżniając moją ulubioną piosenkę i ilustruję ją różnymi ładnymi artami, które znajduję na internecie (oczywiście podając źródło). Zaczynam od "Dzwonnika z Notre Dame", ponieważ absolutnie uwielbiam tę bajkę i ubóstwiam całą jej muzykę (no może pomijając "Niebiański Blask", za którym nie przepadam, ale siądzie). Prawdopodobnie najbardziej znaną piosenką z tego filmu jest "Modlitwa Esmeraldy" i uważam, że całkiem zasłużenie, bo jest piękna, a jej tekst jest istotnie doskonałą modlitwą. Mimo to postanowiłam wyróżnić absolutnie ukochane "Być tam". Cudowna jest zwłaszcza pierwsza część gdzie w duecie śpiewają Frolo i Quasimodo. A zresztą oceńcie sami: nie mogłam znaleźć całej piosenki w świetnej jakości, dlatego tutaj macie wspomnianą wcześniej pierwszą część, a tu drugą.

Obrazek tak jak wcześniejszy z deviantarta niesamowitej Alice X. Zhang. Moment z jakże pięknej piosenki "Hellfire".

2. "Na południu w Luizjanie" (lub "W Nowym Orleanie") z "Księżniczki i żaby"
To nie miało być akurat teraz, ale wyskoczyło mi w proponowanych, więc jest. Uwielbiam niezwykły klimat całej ścieżki dźwiękowej tego filmu i tę piosenkę wyróżniłam chyba tylko dlatego, że jest najbardziej charakterystyczna. Na youtubie znajdziecie ją tutaj.

No zakochałam się w tym arcie (od Aulio Giron)

3. "Bella" (ang. Belle) z "Pięknej i Bestii"
Po prostu cudowne. Wszystko. Wszystko w tej bajce jest cudowne i nie potrzebuje innego opisu. A muzyka jest tres jolie! Tę piosenkę znajdziecie tu.

Zakochałam się w tym arcie! (by lehuss)

4. "Znam ze snu" (ang. Once upon a dream) ze "Śpiącej królewny"
Ponieważ "Śpiąca Królewna" to jedna z bajek dzieciństwa Angi, a piosenka "Once upon a dream" jest jedną z jej ulubionych, to mimo całej sympatii dla Lany Del Rey i mimo podziwu dla jej talentu trzeba stwierdzić, że zniszczyła tę piosenkę. Mnie dużo bardziej podoba się pierwotna, "lekka" wersja.

Umarłam jak to zobaczyłam, niestety nie mogłam znaleźć autora, więc ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech podzieli się ze mną swoją wiedzą.

5. "Po raz pierwszy widzę blask" (ang. I see the light) z "Zaplątanych"
Wszyscy uwielbiają zaplątanych, więc nie będę się na ich temat rozpisywać. Film to poniekąd idealny, co na pewno jest wynikiem ciężkiej pracy całego Disneyowskiego zespołu, także muzyków, którzy stworzyli ten piękny utwór (na youtubach tu).


A co to? Czyżby art od Virii?

6. "Serca lód" (ang. Frozen Heart) z "Krainy Lodu"
"Kraina lodu" to siostra bliźniaczka "Zaplątanych" (oczywiście mówię to w jak najlepszym kontekście), uwielbiana przez fanów na całym świecie. Zdobywczyni dwóch Oscarów z czego jeden właśnie za piosenkę: "Let it go", którą oczywiście bardzo lubię, ale mimo wszystko bardziej podoba jej początkowa melodia "Serca lód", która ma w sobie niezwykłą siłę i magię. Nieprawdaż?


Śliczne? Śliczne. Z tumblra Julii.



7. "Chwytam wiatr" (ang. Touch the sky) z "Meridy Walecznej"
Może mało oryginalnie, ale szczerze uwielbiam tę piosenkę. Zresztą jak i cały film, i mimo niezbyt pochlebnych opinii moich znajomych, ja uważam, że zarówno fabuła jak i animacja jest niezwykła. Koniecznie posłuchajcie!


Aprobuję (by Benlo).



8."Pod łapą cały świat" (ang. Bare nessecities) z filmu "Księga Dżungli"
Na koniec jak zwykle najlepsze! Nie wiedzieć czemu "Księga Dżungli" jest bajką mniej znaną, mimo błyskotliwej fabuły oraz doskonałej animacji. No i oczywiście idealna piosenka, którą tak lubi Tom Hiddleston (<3). Osłuchajcie ją koniecznie. A no i zapomniałabym zapytać "No to co robimy?".

Zawsze lubiłam Baghiego bardziej niż Baloo. Obrazek stąd.

No cóż to już koniec!
Mniej tekstu, więcej zniewalająco pięknych rysunków. Tak na początkowo-szkolną depresję. Zapowiedzi tym razem nie ma, bo to nigdy nie wychodzi (choć zamierzam kiedyś zrobić ten Disneyowy outfit). Pamiętajcie jednak, że dla autora najlepszego pomysłu na wykorzystanie biletów czeka nagroda w postaci czekolady!

PS: Jak sobie przypomnę o czymś jeszcze, co miałam napisać, to dopiszę.

poniedziałek, 8 września 2014

Nie wyrzucaj tych biletów, czyli sposób Angi na Kalendarz

Dobry wieczór!
Niestety (dla was) bardzo spodobało mi się pisanie postów z serii "Back to school". No, może nie jest to typowy i absolutnie podręcznikowy przykład tego zjawiska zaistniałego w blogosferze, ale ważne, że w ogóle jest. Bo ostatnio jeszcze nie było nic. Nic nowego. A brak światłości to ciemność. I tak właśnie działa na mnie szkoła...
A wracając do tematu notki... Wszyscy mają Kalendarze! Jeśli nie masz Kalendarza, to prawdopodobnie brakuje w twoim życiu czegoś bardzo ważnego (właśnie Kalendarza) i stąd bierze się ta niepokojąca pustka w twoim serduszku. Jednak jeśli jej nie odczuwasz, to znaczy, że jesteś w tej nielicznej grupie ludzi, którzy nie potrzebują Kalendarza do szczęścia. Ale ja tam nie wierzę w taki przypadki. Ale co to właściwie znaczy "Kalendarz"?


(Ładne obrazki są ładne, ale dzisiaj będzie ich trochę mniej)


Otóż wytłumaczenie tego zajmującego problemu jest dosyć proste (chociaż specjaliści wciąż nie ustalili jednolitej wersji). Kalendarz, znaczy to z grubsza to samo co terminarz, czyli miejsce gdzie wpisane są daty. Mniej ogarnięci lub bardzo ogarnięci ludzie zapisują w nich różne śmieszne rzeczy. Ale czy Kalendarz (wczujcie się w piękno tego słowa) naprawdę musi być tylko kolejnym bezdusznym przedmiotem? Otóż nie musi. Dzisiaj zaprezentuję wam moją jego wersję, ale możecie (i gorąco was do tego zachęcam) znaleźć własną.

Czego potrzebuję?
1. Bilety - są one drugim bohaterem dzisiejszej notki.Więcej o nich napiszę na samym końcu.
2. Kalendarz/Terminarz - jak się zapewne domyślacie będzie to nasza "podstawa".
3. Klej - Nie ma go na zdjęciu, ale może być jakikolwiek (choć ja odradzam takie maziające, bo się brzydko zwija).
4. Kolorowa taśma klejąca - ta moja jest brzydka i jutro ją zmienię (wstawię jeszcze zdjęcie).
5. Długopis lub inne pisadło - przydatne, polecam.
I tyle! Na początek....

Dzisiaj zamiast ładnych obrazków będą brzydkie zdjęcia na brzydkim biurku, mam nadzieję, że jakoś to przeżyjecie. I sorry za Oxforda, innego nie było w Carrefourze.
Mam wszystko, co dalej?
W środku były takie dwie strony, co mi się nie podobały (były na brzegu). Postanowiłam okleić je biletami krakowskiego MPK, który to pomysł podpatrzyłam kiedyś w tramwaju. Właściwie, to tamta dziewczyna nie miała tak obklejonego papieru, tylko teczkę na "sztukę", niemniej idea nie jest moja. Jakby ktoś z was akurat nie miał małego składziku biletów, a sposób mu się spodobał (lub jeśli ktoś woli te krakowskie od swoich) to możecie do mnie pisać, ponieważ jeszcze trochę ich mam, więc mogę się podzielić.

To te strony, na żywo wyglądają troszkę lepiej, jak wszystko.

Czy w środku potrzebne jest coś jeszcze?
Otóż ja i Misia, która była dla mnie ogromną inspiracją w pisaniu tego posta, uważamy, że tak i to dużo, ale na tym etapie pracy powiem o tylko jednej rzeczy. Obrazki. W końcu wszyscy lubią ładne obrazki. Nie są one absolutnie niezbędne (Misia ich np. nie ma), ale... No to przecież ładne obrazki! Ja w poprzednich latach korzystałam z Kalendarza Kota Simona, kupionego bardzo korzystnie na Targach Książki, więc zrobiłam bardzo prostą rzecz. Wycięłam z nich fajne rysunki (które są fajne) i wkleiłam do mojego nowego Kalendarza. Oczywiście jeśli umiecie rysować, to najlepiej sami stwórzcie ilustracje. Jeśli nie są gazety i takie tam...

Wycięte...

...I wklejone.
Gotowe, co na zewnątrz?
Lubię chodzić do teatru i na różne takie. Lubię jeździć pociągiem. Lubię bilety. Dlatego właśnie nimi postanowiłam obkleić ten kalendarz (żartuję, tak naprawdę zrobiłam tak dlatego, że Misia taki ma i mi się podoba). A tak w ogóle zastanawialiście się kiedyś ile biletów się marnuje w koszu na śmieci (umierają drzewa...)? Ale o tym zaraz. W tym punkcie nie będę się rozpisywać, bo nie ma o czym, po prostu zróbcie okładkę jaką sobie wymarzycie!

Wcale nie zrobiłam tak, żeby na głównym planie był bilet z "Little Favour"

Obklejone, ale końce brzydko odstają... Co robić?
Pomysł oczywiście Misi, nie mój. Otóż najlepiej przykleić tam kolorową taśmę. Moja jest brzydka, odkleja się i w ogóle fuj, dlatego jutro będę ją zmieniać. Ale sam zamysł widać. To już koniec, jeśli chodzi o część zewnętrzną.

Tak to się mniej więcej prezentuje od tyłu.
Uf, to już koniec?
To może być koniec, ale nie musi. Ja tam polecam jeszcze zrobienie dwóch rzeczy, które sprawią, że nasz kalendarz będzie nie tylko użytecznym przedmiotem, ale także wspaniałą pamiątką. Przede wszystkim warto pamiętać o urodzinach bliskich osób. Ale, żeby było ciekawiej lepiej poprosić je, żeby same wam je napisały, niż zapełniać Kalendarz formułkami: "Urodziny Zosi", "Imieniny Taty", "Rocznica Kowalskich"...

Piękny wpis z pięknie zamazanym nazwiskiem.
Ok, a ta ostatnia rzecz?
Możecie zrobić teraz co chcecie, ale ja polecam zapełnić kalendarz sentencjami, złotymi myślami (polecam Paulo Coelho, on zawsze wie co powiedzieć), śmiesznymi sytuacjami... Możliwości jest masa! Fajnie jest jak różne śmieszne osoby wpisują te rzeczy., jeśli jednak nie masz takich ludzi nie przejmuj się - też jesteś fajny!

To jest piosenka. Ładna piosenka, na lipcu który już minął.
I to na reszcie koniec?
To już zależy tylko od ciebie...

A teraz o biletach!
Jak już powiedziałam, przez to, że wyrzucamy bilety do kosza, giną lasy. A przecież można je jakoś fajnie wykorzystać! Jeden sposób podałam tutaj, na pewno pojawią się to jeszcze przynajmniej dwa posty o tej tematyce. Ale wiadomo, bucham kreatywnością (jak akurat jestem wyspana), ale nie mogę wymyślić wszystkiego (a nawet jak na razie nie przedstawiłam wam nic co sama wymyśliłam, ale spokojnie są takie rzeczy). Dlatego mam dla was propozycję. Otóż ja posłucham waszych pomysłów odnośnie kreatywnego (lub praktycznego) wykorzystania biletów, a jak natrafię na coś bardzo super, to takiej osobie wyślę czekoladę. Mówię serio! (wiem, że to się wydaję niemożliwe, ale tak jest). I pamiętajcie od lasach, kiedy postanowicie wyrzucić bilet MPK do śmieci, bo naprawdę można zrobić co fajnego!

A na koniec podziękowań słów kilka!
Dzięki, że chociaż nic nie pisałam, jakieś wyświetlenia bloga były. I dziękuję także za wszystkie komentarze! I oczywiście podziękowania dla The music of me, tak znowu za wszystko. I proszę, jeśli nawet nie masz w zwyczaju komentować notek, to proszę zrób raz wyjątek i jeśli przeczytałeś post zostaw chociaż słowo, żebym wiedziała, że nie zostawiłam francuskiego na marne.

Zapomniałabym o zapowiedziach!
W kolejnym odcinku "Disneyowy outfit (czyli, ze Anga wcale nie zamierza zostawać blogerką modową)", lub "Biletowa TARDIS, czyli biorę udział w fajnym zadaniu", lub ewentualnie "Czym jest wszystko, które zaczęło się od Sherlocka?". Bądźcie z nami  ze mną ( :( ) już za... 2 dni, albo za 3 dni, albo za tydzień... W każdym razie powrót już niedługo! Do przeczytania!

niedziela, 31 sierpnia 2014

'Back to school' po Angowemu, czyli jak wydawać się mądrzejszym w oczach innych ludzi.

Cześć!
Zauważyłam, że w blogosferze istnieje coś takiego jak posty 'back to school' (czy coś w tym guście) i co prawda nie wiem na ile moje spostrzeżenia są trafne, ale postanowiłam sama napisać coś w tym stylu. Otóż ten rok szkolny jest dla mnie rokiem szkolnym poniekąd wyjątkowym (jakby któryś nie był), ponieważ rozpoczynam własnie naukę w liceum (zaskoczenie! w tym wieku można być jeszcze tak dziecinnym!). Rozumiecie jak to jest, poznaje się nowe osoby i w ogóle jest to całe zamieszanie, żeby na pierwszym spotkaniu wszyscy (lub zdecydowana większość) cię polubili. Ja zmierzam akurat do najstarszej szkoły świeckiej w Polsce (Kraków pozdrawia), gdzie wszyscy są mądrzy. A przynajmniej zdecydowana większość. Dlatego tutaj pojawia się pytanie... Jak sprawić, by inni pomyśleli, że też jesteśmy mądrzy?

Jeśli jesteś tak przystojny jak on, to ten post absolutnie cię nie dotyczy. Ludzie polubią cię mimo niskiego IQ.
Po pierwsze, dużo czytaj! Pisałam już o tym w poście Bo warto. Generalnie ludzie szanują tych, co znają klasyki. Shakespeare nie gryzie (a nawet jest jednym z najcudowniejszych pisarzy jakich czytałam), Hugo czasem przynudza, ale uczy wrażliwości, a Mickiewicza nie wypada nie poznać lepiej! Jeśli jednak wolisz wybierać lżejsze pozycje, to w niczym nie przeszkadza! Przecież przy rozmowie zawsze możesz napomknąć "Tak się składa, że przeczytałem ostatnio 17 książek, więc doskonale wiem o czym mówię!". Mogę zagwarantować, że nikt nie będzie pytał szczegółowo o ich tematykę i założy, że jesteś wyjątkowo oczytanym i inteligentnym człowiekiem (oczywiście w tym wypadku "Krecik idzie spać" liczymy jako pełnoprawną książkę).

Ta klata także upoważnia do pominięcia rozwoju intelektualnego.
Po drugie, znaj dużo ciekawostek! Obojętne czy z gazet, czy z Wiedzy Bezużytecznej, czy z jakichkolwiek innych odmętów internetów. O to nikt nie będzie pytał! Ważne, by często powtarzać "wiem z naukowego źródła, że tak jest". Dobrym sformułowaniem jest także "czytałam/łem gdzieś ostatnio...". A jaki temat ciekawostek wybrać? Najlepiej wszystkie, ale jeśli nasz mózg nie jest w stanie przyswoić takiej ilości informacji, to musimy dobrać zagadnienia do grupy odbiorców. Tak więc jeśli jesteś na biol-chemie w Nowodworku, to pamiętaj o najnowszych wydarzeniach w biologicznym świecie (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). Oczywiście chwal się tą wiedzą przy każdej możliwej okazji, wcinając się do rozmowy, czy odpowiadając na pytanie co było na dzisiaj zadane. Przy okazji wydasz się osobą wszechstronną i zaznajomioną z każdym tematem.

Ważne! Nie upijaj się na pierwszej imprezie, a jak ktoś cię spyta dlaczego nie pijesz, powiedz, że gustujesz tylko w najlepszym winie!
Po trzecie, używaj mądrych słów! Tutaj także przydaje się czytanie książek, jednak nie przejmuj się, poradzisz sobie bez tego. Najlepiej otwórz słownik PWN na przypadkowej stronie i zapisz najfajniejsze wyrazy na kolorowych karteczkach, wtedy łatwiej je będzie zapamiętać. Zamieszczę tutaj parę przykładowych słów jakby ktoś akurat nie miał dostępu do tej pięknej ksiażki: "niereformowalny", "adenozynotrójfosforan" (to szczególnie przyda się biol-chemom), "reglamentacyjny", "nóżki ambulakralne", "włókna poliakrylonitrylowe". Jest wiele innych trudnych słów, ale nie będę wam wszystkich zdradzać, sami poszukajcie, to będzie doskonały trening dla waszych rozleniwionych po wakacjach mózgów. Nie zapomnijcie jednak, żeby w normalnej rozmowie prostsze słowa, zastępować tymi bardziej skomplikowanymi! O ileż wspanialej zabrzmi "był on jego zagorzałym antagonistą", niż "był on jego zawziętym przeciwnikiem". I to się moi drodzy nazywa magia słowa!

Jeśli mimo moich rad, ciągle będą uważali cię za idiotę, możesz zawsze próbować udawać kogoś zabawnego. Jessemu to wychodzi.

Po czwarte, znaj wielkich twórców! Tyczy się to wszystkich dziedzin. Pamiętaj, wystarczy, że poznasz ich nazwisko, resztę możesz wykombinować na bieżąco. Przy wieszczach (dobry przykład stosowania się do punktu trzeciego), mów o tym jak podobają ci się użyte przez nich środki poetyckie, przy filozofach śmiało głoś zdanie na temat tego czy podobają ci się ich poglądy (wartym uwagi jest fakt, że Platon uważał, że kobiety mają mózg równy mężczyźnie, a Arystoteles z kolei był strasznym seksistą. Myślę, że nie musicie znać reszty ich zdania, to w zupełności wystarczy). Gdy rozmawiasz o malarzach, warto jest wtrącić "Ja tam wolę jego wcześniejsze obrazy", albo "sądzę, że z czasem dojrzał i tworzył coraz piękniejsze dzieła". To nie jest trudne!

To by było na tyle! Teraz możecie śmiało podbijać do elit!

A na poważnie... Mimo tego co właśnie napisałam uważam, że najlepiej być sobą (ludowe mądrości!). Lepiej żeby jak już coś to znielubili nas na początku, ale za to wiedzieli jakimi jesteśmy naprawdę. Bo wtedy mogą się tylko milej zaskoczyć :)

sobota, 16 sierpnia 2014

"Wsi spokojna, wsi wesoła", czyli notka pisana "o czwartej nad ranem"

Hej,
"Boli mnie głowa i nie mogę spać", a że dawno nie pisałam postanowiłam stworzyć notkę. Najpierw usprawiedliwienie: nie było mnie tak długo, ponieważ 3.08 wyruszyłam z Dominikanami na pielgrzymkę, a ponieważ oni robili wszystko żeby nie dojść, na Jasną Górę dotarliśmy dopiero w sobotę. Wiem, mogłam napisać coś wyjaśniającego, ale byłam zajęta wakacyjnym odpoczywaniem (coby nie powiedzieć brzydziej). 
Niestety tutaj właśnie powinnam skończyć wstęp, ale mam problem... Nie bardzo wiem o czym napisać.
Potrzebne jest jeszcze jedno słowo wyjaśnienia. Jestem teraz u cioci na wsi (mój odwieczny problem jak wytłumaczyć kuzynom, że mówiąc wyjście na pole mam na myśli wyjście na zewnątrz, a nie na zbiory), więc pisanie jest utrudnione po pierwsze dlatego, że piszę z aplikacji na telefonie, a po drugie dlatego, że w Krakowie zostawiłam masę przecudownych zdjęć. Na razie nie jest to problemem, z tej prostej przyczyny, że i tak nie potrafiłabym ich wstawić do wpisu. Zastanowię się nad tym jutro (dzisiaj, czwarta nad ranem to całkiem magiczna godzina), a teraz coby już nie lać dłużej wody przedstawię wam temat notki. Otóż dnia 12 sierpnia (edit: na blogu post pojawił się dopiero 16.08, z przyczyny braku zdjęć), Anga poświęci się skomplikowanemu zagadnieniu jak nie zmarnować czasu na wsi.

Na wsi radośnie marnowałam czas, więc do głowy mi nie przyszło coby porobić zdjęcia do posta, więc wstawiam jakieś znalezione na laptopie. Nie mam bladego pojęcia, czy jestem ich autorem, ale jeśli poczuwasz się do któregoś z nich, to mogę tylko poradzić, żebyś nie zostawiał zdjęć na moim aparacie bez opieki, bo jeszcze wykorzystam :).
No dobra, żartowałam. Wieś jest od tego żeby obżarte mieszczuchy mogły marnować na niej czas (i w tym miejscu poproszę wszystkich, zwłaszcza osoby mieszkające poza miastem, o potraktowanie mojego wpisu z jego nocno/rannym humorem, z przymrużeniem oka). Bardziej chciałam pokazać, że można marnować go w sposób przyjemny. Można na przykład pójść sobie nad rzekę. Byłam tam dzisiaj (wczoraj) i dowiedziałam się, że jak ktoś chce, to sobie wędkuje, a tak w ogóle to w tej wodzie można chodzić. W Wiśle raczej nie można łowić ryb, a przynajmniej w jej krakowskiej-centrum części. Wynik: Kraków:wieś 0:1. To za wędkowanie.

Hehe, krzak
Oprócz tego na wsi można iść na rower. W Krakowie też, nie pozbawia to jednak wsi jej atutu. A w dodatku przy okazji można pobawić się na belkach z siana, a z tego co mi wiadomo w mieście nie ma takiej możliwości. A jak się pojedzie trochę dalej, to można nawet urządzić piknik na łonie natury. Oczywiście zakładając, że obok takiej wsi nie przebiega akurat autostrada. Łono natury pozostanie co prawda łonem natury, ale takim z autostradą w tle. To ja już chyba wybieram Lasek Wolski, nawet w pakiecie ze staruszkiem bez koszulki.

To jest ładne. Nie wiem kto je robił, ale chyba ma talent.

W Krakowie nie biegam, bo nie mam profesjonalnego dresu, a mieszkam w centrum i się wstydzę. Tutaj nie biegam, bo mi się nie chce. No dobra, w Krakowie mam ten sam powód. Mimo to w Dmosinie (taka oto nazwa tej tajemniczej wsi) nacisk na profesjonalne dresy prawdopodobnie jest zdecydowanie mniejszy. Ja do tej pory nie zobaczyłam nikogo biegającego w czymś takim. Hm, jak do tej pory w ogóle nie zobaczyłam nikogo biegającego, ponieważ mój leniwy tyłek leżał sobie bezpiecznie w domu. Ale za to widziałam bociany!


Zapewne jest też dużo zajęć, które można robić ze zwierzętami, ale nie sprawdzałam tej teorii w praktyce. A jak komuś się naprawdę nudzi to zostają jeszcze książki i seriale. Dla mnie największym atutem Dmosina pozostaje to, że ciocia ma kilkaset kanałów na telewizorze.
Będę kończyć, bo zaczynam się domyślać skąd bierze się mój ból głowy. Do przeczytania!

PS: Kurda, pewnie nie napiszę zbyt szybko, bo wyjeżdżam na tydzień i znowu nie będę mogła wstawiać zdjęć do posta, ale jak wrócę to dam coś super, słowo.